Zatrzymaliśmy się pod jednym z bloków i w egipskich ciemnościach
zaczęliśmy podążać na samą górę, gdzie byliśmy bardziej bezpieczni. Drogę
oświetlał nam jedynie blask księżyca. Dziewczyna raz się potknęła i prawie
upadła, jednak Cole złapał ją w porę i uchronił przed upadkiem. Ja, ponieważ
szedłem przodem, nie odwróciłem się ani na chwilę, nie chcąc, aby spotkał mnie
podobny los, kiedy mógłbym nie zauważyć jednego ze schodków.
- Zatrzymajmy się w tym mieszkaniu – zarządziłem, stojąc przed drzwiami
z nadrukiem cyferek pięć, zero i dwa.
Wskazywało to na to, że znajdowaliśmy się na piątym piętrze. Nacisnąłem
klamkę, jednak drzwi okazały się zamknięte na klucz. Rozwaliłem więc zamek
kopniakiem, dumny z siebie, że udało mi się to za pierwszym razem.
- Rozdzielmy się i przeszukajmy pokoje, będę czuł się pewniej –
zaproponował Cole ochrypłym głosem.
Ja postanowiłem przeczesać lewe skrzydło mieszkania, natomiast para –
prawe. Koniec końców nie znaleźliśmy nic ciekawego, a zarazem i niepokojącego,
więc wróciłem do salonu, gdzie moi towarzysze już na mnie czekali. Postanowiliśmy,
że nie będziemy zwlekać, dlatego usiadłem na kanapie i czekałem na instrukcję
Cole w sprawie z przenoszeniem rzeczy w czasoprzestrzeni.
- Na samym początku musisz się rozluźnić i przestać myśleć o wszystkim
innym, twoją głowę powinna zaprzątać tylko i wyłącznie Księga, dobrze? Zamknij
powoli oczy i oddychaj głęboko….Wyobraź sobie kształt Księgi, jej wygląd i
chropowatą powierzchnię. Kiedy już będziesz miał w głowie tylko ją, a wszystko
inne wyrzucisz z umysłu, zacznij głośno liczyć od dziesięciu w dół.
Siedziałem tak chwilę, starając się dopasować do tego, co mówił szatyn,
po czym odliczyłem powoli pierwsze dziesięć liczb. Kiedy tylko wypowiedziałem
ostatnią, znalazłem się w zupełnie innym miejscu. Byłem w jakimś budynku,
prawdopodobnie biurowcu. Ściany były kompletnie obdarte, a po podłodze walały
się śmieci. Najbardziej jednak przeraziły mnie smugi krwi, prowadzące wzdłuż
korytarza i znikające za zakrętem.
Coś kazało mi iść tym śladem. Chwilę wahałem się, czy aby na pewno chcę
to zrobić, lecz zaraz ruszyłem wolnym krokiem dalej.
Panowała tu naprawdę straszna atmosfera. Było przeraźliwie zimno, a w
powietrzu unosił się zapach benzyny i chrzanu. Do tego lampy awaryjne
wypuszczały zbyt słabe światło, aby dało się zauważyć coś znajdującego się
dziesięć metrów dalej. Byłem całkowicie przerażony, czułem się jak w jakimś
horrorze kinowym. Brakowało tylko, aby zaraz zza rogu wypadł jakiś zmutowany
potwór, chcący mnie zabić lub doprowadzić do szaleństwa.
Kiedy znalazłem się przy zakręcie, przywarłem się ściany i ostrożnie
wyglądnąłem zza rogu. Całe szczęście nie zastałem tam nic, prócz drewnianej
podłogi i czerwonych śladów prowadzących dalej, wyglądających, jakby ktoś
ciągnął po podłodze zwłoki. Zadrżałem i ruszyłem za nimi, próbując jakoś
przezwyciężyć strach o własne bezpieczeństwo.
W końcu doszedłem do schodów. Zatrzymałem się za kilka sekund, lecz
westchnąłem i ruszyłem po nich, cały czas patrząc w górę. Nadal czułem się
niepewnie, do tego byłem całkiem sam. Pokonałem jeszcze kilkadziesiąt metrów,
aż doszedłem do pewnych drzwi. Różniły się od reszty tym, że były lekko uchylone.
Niepewnie, ale otworzyłem je i przekroczyłem ich próg. Wtedy pod jedną ze ścian
zauważyłem jakieś ciało, lecz było odwrócone do mnie plecami, przez co nie
zauważyłem twarzy postaci. Zacząłem coraz bardziej żałować, że zgodziłem się na
tą podróż, a moje przerażenie wzmogło się, kiedy zwłoki poruszyły się lekko.
- Ja pierdole – mruknąłem i zrobiłem krok do tyłu, jednak natrafiłem na
drzwi, które same się zamknęły.
Wtedy ciałem wstrząsnął dreszcz. Zaczęło poruszać się jak gąsienica, aż
odwróciło się w moją stronę.
Miało ogromne, dość dziwaczne ślepia. Zamiast białek, natrafiłem na
niebieskie gałki oczne, brakowało również tęczówek i źrenic. Usta było mocno
zaciśnięte, a kiedy lekko się uchyliły zrozumiałem, że były niemal zrośnięte.
Na całej twarzy jedynie nos wydawał się normalny. Jeśli chodzi o włosy, to były
całkowicie białe – nie siwe, ale białe, jak śnieg. Postaci brakowało także
palców u rąk i stóp.
- Ka… - mruknęła. – Ka…du….
Zrozumiałem od razu, że kobieta, o ile można było ją tak nazwać,
próbuje mi coś przekazać, jednak przeszkadzają jej w tym zaszyte usta i rany na
całym ciele. Po jakimś czasie wskazała na swoje prawe oko, w którym zauważyłem
błysk.
- Ka….mień – wydukała w końcu. – O-ogień. Tu.
Cały czas nie rozumiałem, co oko ma wspólnego z ogniem, a co dopiero z
jakimś kamienie. W końcu męczennica westchnęła i wsunęła sobie palec pod
powiekę. Odruchowo odwróciłem głowę, aby na to nie patrzeć, jednak ciekawość
zwyciężyła. Kiedy ponownie odważyłem się spojrzeć przed siebie, o mało nie
zwymiotowałem. Kobieta wyjęła sobie oko. Początkowo zzieleniałem i poczułem
niestrawione jedzenie gromadzące mi się w gardle, lecz po jakimś czasie coś
zaskoczyło mnie jeszcze bardziej.
Spojrzałem na jej wyciągnięte w moją stronę, pozbawione palców, dłonie
i zamarłem. Zamiast oka, trzymała w nich coś innego, bardziej błyszczącego.
Miało kolor podobny do topazu; było równie niebieskie, a jednocześnie gładkie i
błyszczące. Nie mogłem uwierzyć, że to mieściło się w oku tej kobieciny.
- Kamień Ka….dwadu – wyjąkała i jeszcze bardzie wyciągnęła ręce w moją
stronę. – Weź.
Niepewnie podszedłem do niej, nadal nie rozumiejąc całej tej sytuacji. Powoli
i ostrożnie chwyciłem Kamień, po czym schowałem go do kieszeni.
Nagle wpadłem na pewien pomysł.
- Czy wiesz, gdzie jest Księga? – zapytałem zaciekawiony dając jej do
zrozumienia, że nie mam zbyt dużo czasu i spodziewam się szybkiej odpowiedzi.
- On ją ma, trzyma w swoim pokoju.
- Kim On jest? Gdzie jest pokój?
Wyrzucałem z siebie pytania jak karabin maszynowy.
- To mój pan – mruknęła, nieco wystraszona. – On jest zły, bardzo zły.
Nie idź do niego, On cię zabiję. Ma Księgę, nie odda jej bez walki. Czeka na
ciebie.
- Gdzie On jest?!
W tym właśnie momencie kobieta spojrzała na mnie przepraszająco, po
czym odwróciła głowę w swoje lewo. Również tam popatrzyłem i właśnie wtedy, w
kącie, zobaczyłem jakiś cień.
Początkowo nie robiło to na mnie wielkiego wrażenia, jednak kiedy
postać wyłoniła się z ciemności, stanęło mi serce. Był to mężczyzna
(oczywiście, o ile można takie poorane ciało nazwać „mężczyzną”) nieco wyższy
ode mnie, przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Jego kolor skóry przypominał
ściany, z których odpadł tynk. Jego kończyny były nieco powykrzywiane, a sam
patrzył na mnie nieco przekręconą głową. Był ubrany w białe ubranie, podobne do
tego szpitalnego, a na jego nadgarstku miał coś w stylu bransoletki, które
nosiły osoby uwięzione w zakładach psychiatrycznych.
Spojrzał na mnie swoimi spokojnymi oczami z czerwonymi tęczówkami i
uśmiechnął się szyderczo.
- Wiedziałem, że przyjdziesz.
Jego basowy głos sprawił, że po moim ciele przeszły dreszcze.
Mimowolnie zrobiłem krok do tyłu, a kiedy stwór to zauważył, roześmiał się.
- Nie bój się, nie mam zamiaru cię skrzywdzić – zapewnił mnie, po czym
dodał ciszej: Przynajmniej na razie.
Mierzyliśmy się wzrokiem kilka sekund, więc poczułem ulgę, kiedy to mój
przeciwnik spuścił wzrok po raz pierwszy. Później popatrzył na kobietę, która
skuliła się w kącie i cicho coś szemrała. Wsłuchałem się chwilę w jej szlochy i
zaraz zrozumiałem, że to słowa błagania.
- Wybacz Lucy, ale za dużo jej powiedziałaś. A tak cię lubiłem.
Po tym stwierdzeniu podszedł do dziewczyny. Nawet jej nie dotknął, a
mimo to zaczęła krzyczeć i skręcać się w agonii. Patrzyłem na to chwilę jak
zahipnotyzowany, a kiedy zrozumiałem co się dzieję, wybiegłem z pokoju,
kierując się gdziekolwiek, byle przed siebie.
DRUGIE PIĘTRO, POKÓJ DWIEŚCIE TRZYNAŚCIE.
Ten głos zabrzmiał w mojej głowie zaraz wtedy, kiedy znalazłem się na
korytarzu. Zauważyłem, że był identyczny, jak głos tej męczennicy, z którą tą
psychol nie wiadomo co zrobił. Nie miałem innego wyjścia jak sprawdzić, co
znajduję się w tamtym pomieszczeniu.
Wbiegłem po schodach na piętro wyżej i zdenerwowany zacząłem szukać
wskazanego pomieszczenia. Dwieście trzy…….dwieście pięć……dwieście
dziesięć…..Jest! Dwieście trzynaście. Wpadłem do sali jak oparzony, szczelnie
zamykając za sobą drzwi. Bardzo zaskoczyło mnie to, że nie było tu niczego
nadzwyczajnego, zwykłe biuro i jakieś półki.
PÓŁKI, PRZESZUKAJ JE.
Mnie samego to zaskoczyło, ale posłuchałem tego chorego głosu w mojej
głowie i zacząłem przeczesywać sterty książek w poszukiwaniu sam nawet nie
wiedziałem czego. Mój oddech był mocno przyspieszony, a serce łopotało jak
spłoszony ptak. Co chwilkę spoglądałem w stronę drzwi bojąc się, że zaraz
zobaczę w nich tamtego mężczyznę. Ta myśl przerażała mnie do tego stopnia, że
kolejne tomy zwalałem na ziemię w jeszcze szybszym tempie.
Jakież było moje zaskoczenie, kiedy moja dłoń spoczęła na grubej,
złotej księdze, która pod moim dotykiem zalśniła. Niepewnie i delikatnie
chwyciłem ją w swoje dłonie. Byłem pewien. To właśnie tej Księgi szukałem, to
ona zależała do Naomi. Pogładziłem drżącą ręką jej okładkę i właśnie w tym
momencie ktoś zaczął dobijać się do drzwi.
- Cholera, właśnie w takim momencie! – krzyknąłem, dodając jeszcze do
tego kilka przekleństw, w których, między innymi, wyzywałem matkę potwora oraz
jego samego.
KSIĘGA, STRONA STO TRZYDZIEŚCI PIĘĆ.
Posłuchałem tego głosu w mojej głowie, który, mimo swojej pomocy,
bardzo mnie drażnił. Zacząłem szybko przewracać kolejne stronnice bojąc się, że
zjawa w każdej chwili może wpaść do pokoju i pozostawić po mnie tylko puste
wspomnienia. Po za tym, przez moją ignorancję i egoizm, nawet nie miał kto za
mną tęsknić i miło mnie wspominać.
- Zaklęcie życia? – zdziwiłem się, znajdując wreszcie pożądaną przeze
mnie stronę. – Zaklęcie pozwalające wrócić do świata żywych podczas: bycia w
innym wymiarze, przeniesieniu do przyszłości lub przeszłości, podróżach w
czasie i przestrzeni…..
Właśnie w tamtym momencie zrozumiałem o co chodzi. Początkowo zacząłem
się obawiać, że nie wydostanę się stąd bez pomocy, ale, jak widać, służyło do
tego odpowiednie zaklęcie. Żałowałem, że nie było w tym tak łatwo, jak z
przeniesieniem się do TEGO miejsca.
Tekst zaklęcia był po łacinie, dlatego bez problemu można by wyobrazić
sobie mój załamany wyraz twarzy, kiedy to zrozumiałem. Nie dość, że nie
rozumiałem co one znaczą, to jeszcze miałem problem w choćby wypowiedzeniem
tych słów. Podchodziłem do tej próby kilkakrotnie, a czasu zostawało coraz
mniej. W końcu jakoś wziąłem się za siebie i powoli, dokładnie, przeczytałem
całe zdanie. Ku mojemu zdziwieniu udało się, bo już chwilę później znalazłem
się w brudnym, nieoświetlonym salonie z Księgą w rękach.
- Nathan? – zapytała ciemnowłosa, znajdując się tuż naprzeciw mojej
twarzy. – Nic ci nie jest? Jesteś cały?
- Wszystko w porządku – odpowiedziałem z triumfalnym uśmiechem na
ustach. – Proszę, oto Księga. Nie było łatwo, ale jakoś się udało. Te wszystkie
postacie rodem z horrorów zaczynają mnie coraz bardziej przerażać, a ja mam do
was większy respekt, że tak długo zdołaliście wytrzymać ze swoimi zdolnościami.
Szacun, ziom.
Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie, po raz pierwszy tak prawdziwie i
radośnie. Poklepała mnie po policzku jak małe dziecko, po czym usiadła obok
mnie i zaczęła dokładnie studiować stos kartek.
- Rada cię szuka – mruknął nagle chłopak, ziewając.
- Co takiego?!
- Nie było cię dobrych kilka godzin, także postanowiłem się zdrzemnąć –
zaczął.
Spojrzałem na okno. Rzeczywiście, zaczynało już świtać. Skoro
zaczęliśmy nasz sabat około północy, to nieźle musiałem tam zabalować.
- Można powiedzieć, że należę do Rady, także często się ze mną
kontaktują. Tym razem było to przez sen. Powiedzieli, że nie mogli ci
wszystkiego wytłumaczyć, bo ktoś usilnie próbował zrobić wszystko, żebyśmy nie
dowiedzieli się, kto jest spowiednikiem. Najwyraźniej nadal działa ta moc, bo
nic nie wyczuwają, ale w moich wspomnieniach zauważyli, że mamy z tobą do czynienia.
Ustalili, że dzisiaj, dokładnie w południe, mamy zjawić się w twoim domu, będą
tam na nas czekać.
- Nareszcie się czegoś dowiem, bo ta niewiedza mnie kompletnie
przytłacza – westchnąłem.
Nagle przypomniałem sobie coś, co nie cierpiało zwłoki.
- Właśnie! – krzyknąłem i sięgnąłem do kieszeni dżinsów. Wyjąłem z niej
mały, niebieski kamyczek. – Jakaś laska….Nie no, dobra, w tym określeniem
przesadziłem. Jakieś coś dało mi to. Co dziwniejsze, wyjęło to we swojego
oczodołu.
Na samo wspomnienie tego wydarzenia zrobiłem skwaszoną minę.
Dziewczyna, zaintrygowana rzeczą, wzięła ode mnie kawałeczek
topazo-podobnego kamyczka i zaczęła dokładnie się mu przyglądać. Od razu z ulgą
wytarłem ręce o tapczan. Dziwiło mnie to, że mimo tego, że wiedziała gdzie
znajdowało się moje znalezisko, zanim trafiło w moje ręce, bez najmniejszych
skrupułów wzięła je do ręki. Mnie, faceta, to brzydziło, a co dopiero jakąś
niebieskooką brunetką. Nie, żebym ją dyskryminował, broń Boże, ale każda
dziewczyna jaką znam, nawet by na to nie popatrzyła.
Naomi chwilkę przyglądała się kamieniowi, po czym na jej twarz wpełzło
zdziwienie, a nawet, powiedziałbym, zaskoczenie.
- No – pośpieszyłem ją. – Podzielisz się z nami wiadomością, co to
właściwie jest? Nie żeby mnie to jakoś specjalnie interesowało, ale przez twoją
reakcję jestem tym faktem bardzo zaintrygowany.
- Chłopaki, nie uwierzycie – odezwała się w końcu z uśmiechem triumfu.
– To pierwsza część kamienia.
Feniks najwidoczniej usłyszał mój głos, gdyż momentalnie spojrzał w moją
stronę. Ryknął cicho i śmieszne przekręcił uszy sprawiając, że miło się na
niego patrzyło. Podbiegłem do niego, a ten natychmiast skoczył na mnie i zaczął
szturchać mnie dziobem.
- Dobra, dobra, uspokój się – zaśmiałem się. – Gdzie podziałeś Thomasa?
Gdy zwierzę tylko usłyszało imię chłopaka, odsunęło się ode mnie i
spojrzało na mnie spode łba. Oznaczało to, że albo nie żył, albo po prostu nie
miał pojęcia o miejscu, w jakim znajduje się Thom. Zostawiłem go w tamtym
pokoju kompletnie pijanego, więc nie wiadomo co takiemu mogło mu odbić. W
każdej chwili mógł wyjść na zewnątrz, a przecież kompletnie zalany nie miał
szans z zombie czy demonami.
- Co to jest? – zapytała dziewczyna i niepewnie wskazała na ptaka.
- Buru, feniks czyli płonący ptak – odrzekłem i złapałem Naomi za
rękę, którą zaraz położyłem na dziobie zwierzęcia. – Spokojnie, nie musisz się
go bać. Jest przyjazny w stosunku do ludzi, gorzej mają demony.
- Albo żywe trupy.
- Nie – zaprzeczyłem i na znak tego pokręciłem głową. – Zombie już nie
ma, zniknęły prawdopodobnie już pierwszego dnia. Ich zadaniem było jedynie
oczyszczenie planety z ludzi, jak widać poradziły sobie z tym doskonale nie
licząc tego, że w bunkrze żyje kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Oni nie mają o tym
pojęcia, pewnie uważają, ze udało się przeżyć tylko nielicznym.
- W pewnym sensie tak jest – powiedział Cole i wzruszył ramionami. –
Kiedyż żyły tu miliony ludzi, teraz tylko garstka.
Można powiedzieć, że chłopak miał rację. Już nie byliśmy władcami
świata tak, jak kiedyś. Teraz byliśmy jak robaki; musieliśmy się ukrywać w
podziemiach aby mieć jakąkolwiek szansę przeżycia. Demony już wygrały, ale
ludzie nie mieli o tym pojęcia. Woleli ukrywać się niż walczyć.
Kiedyś, wracając ze szkoły, uświadomiłem sobie jacy jesteśmy. Idąc
chodnikiem zauważyłem bramę wejściową parku, która zajmowała całą szerokość
chodnika. Ominąłem ją, przechodząc trawnikiem, i wtedy zdałem sobie sprawę z
jednej rzeczy; ludzie, zamiast pokonując przeszkody, iść im na przekór, wolą je
omijać z daleka. Tak właśnie jest i teraz. Wolimy się ukrywać i przeczekać
wszystko, ustąpił złu, zamiast walczyć o coś, co należy do nas. Kiedy idziemy
ulicą i na naszej drodze staje dwóch karków nie walczymy z nimi, lecz próbujemy
ich wyminąć. Jeśli nawet w trakcie takiego prostego wydarzenia wolimy czemuś
ustąpić, to nie mamy szans z siłami nadprzyrodzonymi.
- Dobra, jaki jest plan? – zapytała w końcu Naomi.
- Buru podrzuci nas do twojego domu, dobra?
- A uniesie nas wszystkich?
- Też racja – westchnąłem i zacząłem zastanawiać się, jak inaczej we
trójkę dostaniemy się do domu po za miastem. – Dobra, później to wszystko
dokładnie obmyślimy. Teraz załatwmy jakąś broń, a później najwyżej znajdziemy
jakieś auto. Jakoś się tam dostaniemy, musimy.
Oboje popatrzyli po sobie, po czym kiwnęli głowami. Odwróciłem się i
ruszyłem w stronę wyjścia. Para, niepewnie, ale zrobiła to samo. Widziałem, że
mi nie ufali. Nie byli pewni, czy mam dobre intencje, w końcu nie udowodniłem im
swojej mocy. Właściwie to sam nie rozumiałem, dlaczego darzyli mnie taką
niepewnością. Ja jednak zrozumiałem jak potężną moc posiadam dopiero dzisiaj,
więc nie mogłem wiedzieć, co wewnętrznie przeżywali oni. Osoby, które już od
długiego czasu widziały o wiele więcej, niż przeciętny Kowalski.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, rozkazałem Buru, żeby patrolował okolicę z
góry. Ten na znak zgody warknął coś nieartykułowanego i wzbił się w powietrze.
Ja popatrzyłem na dziewczynę, a ona od razu zrozumiała co mam na myśli. Ruszyła
naprzód i zaprowadziła nas do sklepu w bronią, znajdującego się niecałe pół
mili dalej.
Zaczęliśmy przeczesywać cały sklep. Najwyraźniej w czasie ataku zombie
nie tylko my pomyśleliśmy o broni. Budynek był całkowicie zrujnowany. Dopiero
po dokładnym przeglądnięciu wszystkich kątów pomieszczenia głównego i zaplecza,
udało nam się znaleźć dwa plecaki, cztery pistolety maszynowe UD42 z
magazynkiem pudełkowym, mieszczącym dwadzieścia naboi, kilka granatów ręcznych
i naboje. Były jeszcze karabiny maszynowe czy zwykłe pistolety, ale one mnie
nie interesowały. Granaty i naboje podzieliłem równo i wrzuciłem do dwóch
plecaków. Pistolety dałem i Naomi, i Cole’owi, udzielając im krótką lekcję, jak
obchodzić się z bronią. Wiedziałem, że nie bardzo rozumieli o co chodzi, ale
byłem pewien na podstawie własnego przykładu, że w końcu wszystko zapamiętają.
Po za tym to było tylko na wszelki wypadek; ja chciałem jedynie zdobyć Księgę,
potem mieliśmy się rozdzielić.
- I gdzie ty chcesz znaleźć jakiś samochód z kluczykiem w stacyjce? –
zapytał szatyn, kiedy wyszliśmy z budynku.
- A co ty jesteś takim pesymistą? Na pewno jakiś się znajdzie, musisz
mieć nadzieję – odpowiedziałem.
- Straciłem nadzieję z dniem, kiedy nasz świat pogrążył się w chaosie,
a tysiące ludzi umierało na moich oczach.
Umilkłem. Wolałem nie ciągnąć dłużej tego tematu tylko ruszyć dalej w
poszukiwaniu jakiegoś środku transportu. W końcu chciałem jak najszybciej to
skończyć, bo mimo wszystko Cole i Naomi mnie spowolniali. Niby dawałem tej
dziewczynie jakąś nadzieję, że z jej pomocą uda nam się wszystko odwrócić, ale
nie mówiłem poważnie. Wiedziałem, że nie zdoła przeżyć choćby jednego dnia na
powierzchni, nawet ja ledwo dawałem sobie radę. Umiałem przetrwać tylko dzięki
pomocy Thomasa. Teraz robiłem sobie jedynie nadzieję.
Kilka przecznic dalej znaleźliśmy pojazd na chodzie. O dziwo, w czasie
całej wędrówki nikt nas nie atakował; całą drogę pokonaliśmy w spokoju.
Podejrzewałem coś, bo w końcu demony nie mogły tak nagle zniknąć i odpuścić.
Obawiałem się, że mogą nas obserwować z ukrycia i zaatakować w najgorszym dla nas momencie. Może po prostu
chcieli, żebyśmy doprowadzili ich do Księgi, a później bylibyśmy już po prostu
niczym niepotrzebnymi istotami ludzkimi. W końcu to postacie nadnaturalne, z
takimi nic nie wiadomo.
Ustaliśmy, że to Cole będzie kierować. Mimo wszystko to on znał drogę,
także nie miałem zamiaru się z nim wykłócać o to, kto zasiądzie za kierownicą.
Zresztą przecież nie to było wtedy ważne, ludzie byli zmuszeni do innego toku
myślenia. Zamiast wykłócać się o mało ważne rzeczy, musieli dochodzić do
konsensusu. Tak właśnie było i tym razem, dzięki czemu szybko dojechaliśmy do
domu zielonookiej. Znajdował się kilka kilometrów za miastem, także dostaliśmy
się tam w kilkanaście minut. Od razu szybko wysiedliśmy z auta i wbiegliśmy do
mieszkania. Ja jeszcze dokładnie rozglądnąłem się po okolicy, upewniłem się, że
Buru przyleciał za nami i ruszyłem za resztą.
Co mnie bardzo zdziwiło, dom był w dość dobrym stanie. Jedynie jakieś
drobiazgi porozrzucane były po podłodze, jednak nic więcej nie rzuciło mi się w
oczy. Gorzej było, jeśli chodzi o pokój dziewczyny. Połamane meble,
porozrzucane książki i plamy krwi na podłodze. Ja, chodząc z latarką z powodu
braku prądu i nocy panującej za oknem, przeglądałem wszystkie kąty w
poszukiwaniu czegoś ciekawego. Para w tym samym czasie przeczesywała stosy
książek w poszukiwaniu tej pożądanej przez nas. Chciałem im pomóc, ale nawet
nie wiedziałem jak wygląda Księga, wolałem po prostu stać na uboczu i nie
przeszkadzać.
- Kurwa, zabrali ją! – przeklął w końcu Cole, rzucając jednym z tomów o
podłogę. – Można było się tego domyślić, skurwysyny domyśliły się, że po nią
wrócimy!
Chcieliśmy już wychodzić z pokoju, kiedy zauważyłem czarne, lepkie
ślady prowadzące do łazienki dziewczyny. Momentalnie pokazałem to reszcie i
postanowiłem tam zaglądnąć. Z specjalnego paska przypiętego do spodni wyjąłem
pistolet, a latarkę przełożyłem do lewej ręki. Pchnąłem drzwi i zauważyłem, że
ślady prowadzą wprost do wanny, którą osłaniał czarny materiał. Wziąłem głęboki
wdech i podszedłem tam z drżącymi rękami i mocno bijącym sercem. Krew w żyłach
pulsowała mi do tego stopnia, że prawie rozsadzała mi głowę i resztę ciała. W
końcu jednak wziąłem się na odwagę i odsunąłem zasłonę.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy nie zobaczyłem nic, prócz odbić stóp
na dnie wanny. Coś mi nie pasowało w tym wszystkich, ponieważ były tu ślady
prowadzące do łazienki, jednak nie było tych powrotnych. Przełknąłem wielką
gulę uniemożliwiającą mi oddychanie i zacząłem sunąć strumień światła w górę,
wzdłuż ściany. Nagle, w samym rogu, natrafiłem na parę czerwonych ślepi
wpatrujących się we mnie. Te podarte łachy, czarna skóra i mina wyrażająca
krzyk rozpaczy zszokowały mnie do tego stopnia, że nie mogłem się ruszyć.
Potwór mnie wyprzedził. Rzucił się na mnie ze swoimi obślizgłymi łapami
i prawie wywrócił na ziemię. Udało mi się jakimś cudem zrobić unik i jedynie
zahaczyć o jego ciało. Wtedy od razu wybiegłem z pomieszczenia i wróciłem
szybkim sprintem do auta wraz z moimi towarzyszami. Wsiedliśmy do pojazdu i
odjechaliśmy z piskiem opon. Odwróciłem się jeszcze i upewniłem czy stwór nie
zbiegł za nami, lecz na moje szczęście został w budynku.
- Co to, kurna, było! – krzyknąłem, oddychając szybko i próbując
uspokoić rozszalałe serce.
Przyglądnąłem się Naomi siedzącej na miejscu obok kierowcy i
zauważyłem, że ona coś wie. Miała smutną, zszokowaną minę i co jakiś czas
wymieniała spojrzenia z Cole’m. Przez te kilkadziesiąt sekund siedziałem cicho,
jednak nie wytrzymałem długo i zacząłem ich ponaglać, aby wytłumaczyli mi to
całe zdarzenie, które zaszło w mieszkaniu czarnowłosej.
- Ja wiem kto to był – zaczęła, przełykając ślinę. – To mój ojciec.
- C-co? Jak to ojciec?! – zapytałem kompletnie zaskoczony.
- Możesz uważać, że wszystkie zombie już zniknęły, jednak mylisz się.
Ci, którzy zostali ugryzieni, zostali. Jest ich bardzo niewiele, bo żywe trupy
raczej od razu zjadały lub zabijały, a nie infekowały. Najwyraźniej ten, co
zaraził mojego, był albo syty albo po prostu dostał w głowę zanim zdążył zrobić
coś więcej.
- Ale w takim razie gdzie może być Księga? Kto ją zabrał i gdzie?
Musimy ją znaleźć!
- „My”? – zapytał Cole i prychnął. – Przecież wiem, że chciałeś się nas
pozbyć, bo byliśmy ci potrzebni tylko do odnalezienia Księgi.
- Co? Nie! – skłamałem. – Nie wiem o czym mówisz.
- Nie udawaj głupiego – naskoczył na mnie i spiorunował wzrokiem. –
Dobrze wiem, że chciałeś jedynie zdobyć Księgę, nie byliśmy ci do niczego
więcej potrzebni. Niestety muszę się zawieść, ale sam nie pokonasz demonów, do
tego potrzeba jest ci pomoc pogromczyni. Po za tym Księga nie jest twoja, także
czy tego chcesz czy nie, jesteś na nas skazany.
Westchnąłem głęboko rozumiejąc, że szatyn mnie przejrzał. To prawa, że
chciałem sam wszystko załatwić, a było kilku powodów. Po pierwsze nie chciałem
się z nikim użerać, samemu było mi o wiele łatwiej przemieszczać się i bronić.
Po za tym wolałem sam wszystko załatwić, wtedy wszystkie laury przypisano by
mi. Ale wierząc słowom chłopaka, musiałem odpuścić i liczyć się z ich zdaniem.
- Dobra – westchnąłem. – Niech wam będzie. Pomogę wam, o ile powiecie
mi wszystko co wiecie o tym zaklęciu.
Momentalnie w moją stronę odwróciła się Naomi, siedząca obok miejsca
kierowcy.
- Zaklęcie lustra. Pozwala pozbyć się demonów z świata ludzi, jeśli
zachodzi taka potrzeba. Niestety, potrzebny jest do tego Kamień Kadwadu.
Kilkaset lat temu został podzielony na pięć części, które ukryte zostały w
różnych miejscach na świecie. W Księdze napisane są zagadki pozwalające je
znaleźć, tak więc koniec końców bez niej nic nie zdziałamy.
- To zaczyna być coraz bardziej skomplikowane, niż myślałem na początku
– przyznałem.
Z początku wszystko wydawało mi się nadzwyczaj łatwe. Myślałem, że
znalezienie Księgi i wypowiedzenie zaklęcia załatwi wszystko, kiedy tak
naprawdę rzeczywistość była o wiele lepiej zaplanowana. Zacząłem żałować, że
pozwoliłem, aby wciągnięto mnie do tej irracjonalnej przygody, ale nie miałem
zamiaru przez resztę życia siedzieć pod ziemią z założonymi rękami i czekać, aż
sprawa sama się załatwi, lub po prostu poddać się. Zawsze dążyłem do celu i tym
razem także miałem zamiar to zrobić.
Nagle wpadłem na pewien pomysł.
- Naomi – mruknąłem, po czym ciemnowłosa spojrzała na mnie z
zainteresowaniem. – Słyszałaś kiedyś o przenoszeniu rzeczy w czasie i
przestrzeni?
Dziewczyna pokiwała przecząco głową, lecz zaraz do naszej rozmowy
dołączył się Cole, do tej pory zbyt pochłonięty drogą.
- Niektóre osoby to potrafią, choć początkowo przytrafia im się to
tylko przypadkowo, najczęściej przez sen. Zazwyczaj ten dar mają wampiry,
syreny, spowiednik….Zaraz, czy ty myślisz o tym samym co ja? – zapytał,
marszcząc czoło. Kiwnąłem głową, uśmiechając się półgębkiem.
- Chcę przenieść Księgę do nas, niestety nie wiem jak to zrobić.
Musicie mi pomóc. Kiedyś udało mi się przez sen przetransportować kartkę z
zaklęciem z Księgi, ale sam nie rozumiałem jak to się stało. Teraz mamy szansę
zrobić to samo, o ile mi pomożecie.
- Wiem, jak to się robi, także na mnie możesz liczyć – powiedział
szatyn i po raz pierwszy, odkąd się w ogóle poznaliśmy, uśmiechnął się lekko.
----------------------------------------------------------------------------
Joł wszystkim ;)
Na samym początku chciałam serdecznie przeprosić za to, że nie dawałam znaku życia. Sama nawet nie wiem jak mam to wytłumaczyć, ale ma nadzieję, ze był to ostatni raz. W ciągu ostatniego tygodnia wzięłam się nieźle za siebie i jak na razie mam napisane trzy rozdziały do przodu, także miejmy nadzieję, że nie będzie tak źle xd
Jeśli chodzi o powody mojej nieobecności....Sama nie wiem, na prawdę xd Dostałam jakiegoś bzika na punkcie sami "Zmierzch" i czytałam to i oglądałam całymi dniami xd Jeszcze wcześniej była sprawa z takim kolesiem, ale co wam będę to tłumaczyć. W każdym razie wróciłam i bardzo przepraszam.
Chciałam również powiedzieć, że jeśli ktoś dodał rozdział, a nie ma tam mojego komentarza, to mimo wszystko może być pewny, że przeczytałam, jednak nie zostawiłam po tym żadnego śladu xd
Mam nadzieję, że nie macie mi tego wszystkiego za złe xd Pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam ;)
Nie mogłem uwierzyć w to, co się działo. Tak naprawdę istniały osoby,
które były w podobnej sytuacji co ja. Również posiadały jakieś moce, dary. Były
kimś o wiele ważniejszym niż zwykły człowiek, choć mogły sprawiać takie właśnie
wrażenie. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu zrozumiałem, że nie jestem sam.
Musiałem tylko podejść do nich i powiedzieć o tym, kim jestem i że mogą mi
zaufać.
Rozglądnąłem się. O tej porze nie było już tak wiele ludzi, teraz
większość siedziała w swoich pokojach, a przechadzki po „domu handlowym”
urządzili sobie jeszcze rano. To mi mogło wyjść oczywiście tylko na dobre, więc
wstałem i szybkim krokiem skierowałem się w stronę pary.
- Wiem, kim jesteście, musimy pogadać – powiedziałem szybko, ale
odpowiedziały mi tylko ich zdziwione, a zarazem wystraszone miny. – Idźcie
kilka metrów za mną, potrzebujemy spokojnego miejsca.
Chwilę po tym skierowałem się w stronę tunelu. Nie oglądałem się za
siebie, miałem tylko nadzieję, że idą za mną i od nich będę mógł dowiedzieć się
o płożeniu Księgi. Po za tym w końcu to z Księgi tej dziewczyny wyrwałem kartkę
z zaklęciem, musiała nadal być w jej domu. Jeśli nie, to może ona wiedziała coś
o spowiednikach, w końcu posiadaczka takiej rzeczy musiała być kimś ważnym.
Kiedy tylko zniknąłem w przestrzeni tunelu i nikt z obecnych w holu nie
mógł mnie zobaczyć, stanął i odwróciłem się. Ulżyło mi, gdy zobaczyłem tę parę
zmierzającą w moją stronę. Na twarzy szatyna widziałem strach, jednak kiedy
tylko znalazł się tuż naprzeciwko mnie, jego mina stała się oschła i
podejrzliwa.
- Kim ty, do cholery, jesteś? – zapytał.
- Poznajecie? – zapytałem i pokazałem im bliznę na moim nadgarstku.
Chłopak spojrzał na mnie jak na wariata, nie wiedząc o co chodzi, jednak na
twarzy dziewczyny pojawiło się zdziwienie.
- Jesteś spowiednikiem? – zapytała, na co kiwnąłem głową. – Skąd wiesz,
kim jesteśmy?
- Właściwie to nie wiem, zobaczyłem jedynie jak czarujesz, więc musiałem
z wami porozmawiać – wzruszyłem ramionami. – Pamiętasz tą sytuację, kiedy nić
dentystyczna zaszyła ci usta? – spytałem. Dziewczyna zastanowiła się chwilę,
jednak po kilku sekundach skinęła głową. – To ja stałem wtedy za tobą, lecz to
nie moja wina. Sam nie wiem dlaczego to wszystko się stało, tak naprawdę to
było jak sen. Widziałem nawet u ciebie tą Księgę, muszę ją zdobyć.
- Najpierw trzeba się stąd wydostać. Na powierzchni za to musielibyśmy
zdobyć jakiś środek komunikacji, mieszkam kilka kilometrów za miastem – westchnęła.
– O ile Księga nadal tam jest.
- Zmieniając temat, to kim wy jesteście? Czarownikami?
- W pewnym sensie – zaczęła ciemnowłosa. – On jest łowcą, takim moim
„ochroniarzem”, a ja jestem Cailie i…i to ja jestem winna całej tej apokalipsy.
Ja i mój egoizm. Ale to zbyt długa historia.
- Rozumiem – kiwnąłem głową. – W każdym razie musimy się stąd wydostać.
Dowiedziałem się o tym, że jestem spowiednikiem kilka godzin temu, także nie
mam pojęcia co mam robić. Mogę powstrzymać demony z twoją pomocą – tutaj
popatrzyłem na dziewczynę. – Ale nie wiedząc co robić nic nie zdziałamy.
- Tyle, że strażnicy pilnują włazu wejściowego całą dobę, a przecież ich
nie zabijemy – wtrącił się chłopak.
- Spoko, o to się nie martwcie. Wystarczą dwie szmatki, trochę
chloroformu i sprawa załatwiona. Gorzej, jeśli chodzi o broń, bo na powierzchni
nie jest zbyt bezpiecznie.
- Niedaleko bunkra jest sklep z bronią, tam możemy załatwić wszystko –
mruknęła jasnooka.
- Dobra, w takim razie wszystko ustalone. Spotkajmy się tutaj o
dziewiątej, wtedy nie będzie tu nikogo. Weźcie najpotrzebniejsze rzeczy,
żadnego prowiantu ani nic, wszystko załatwimy na górze.
Leżałem na łóżku, wyczekując tak upragnionej przeze mnie godziny. Na
reszcie znalazłem kogoś, komu mógłbym zaufać jeśli chodzi o sprawę z moim
powołaniem. Cailie mogłaby również pomóc mi w powstrzymaniu demonów. Ona
pilnuje, aby żaden z nich nie przedostał się do nas, a ja jestem od czarnej
roboty; muszę je powstrzymywać w czasie nieuniknionej apokalipsy. Ona miała
także Księgę, która mogła wiele wyjaśnić i rozjaśnić mi kilka niezrozumiałych
dla mnie wątków. To mogło mi wyjść tylko na dobre, może w czasie wyprawy
spotkałbym Thomasa.
Nadal czułem do niego niechęć, jednak nie była to już złość taka, jak
wcześniej. Emocje trochę opadły w ciągu tych dwóch dni, także teraz chciałem go
znaleźć. On bardziej znał się na tych wszystkich demonach, także przy nim byłem
nieco bezpieczniejszy i czułem się raźniej przy osobie, która wie co robi.
Jedynym minusem był jego egoizm, ale w tym wyniszczonym świecie tylko egoiści
mają jakiekolwiek szanse na dalsze życie.
Niestety, ale to prawda. Świat został tak stworzony. Kiedy wszystko
idzie do myśli ludzi, to starają się pomagać, kochać. Lecz jeśli świat zostaje
zniszczony, każdy zamienia się w dzikie zwierzę walcząc o przetrwanie. Biegnie
do celu i nie pomaga tym potrzebującym pomocy. Widzi ich śmierć, ale instynkt
przetrwania nie pozwala się zatrzymać. Nie czuje litości, a kiedy nadchodzą
wyrzuty sumienia, tłumaczy to sobie tak, że nie miał wyjścia i musiał się
ratować. Wtedy obiecuje sobie, że już więcej tak nie postąpi, ale kiedy ma
szanse to udowodnić, postępuje tak samo jak poprzednio; inni go nie obchodzą,
musi przeżyć jedynie on. Kieruje nim megalomania; poczucie własnej wartości
które sprawia, że ceni swoje życie o wiele wyżej, niż swoich bliźnich.
Nie można tego zmienić. Jedynym sposobem jest uniknięcie tego, jednak
ludzka chciwość nie zna granic. To ona sprawia, że brat zażyna brata. Przez nią
Hitler rozpętał Drugą Wojnę Światową; chciał nieograniczonej władzy, do której
posunąć go mogła tylko chciwość. Gdyby ona nie istniała, świat byłby lepszy,
jednak nawet teraz, kiedy ludzie znaleźli się w takiej sytuacji, są w stanie
zabić własną matkę, aby tylko zdobyć pożywienie. Lud się zażyna, a kilka pięter
niżej politycy opychają się klopsami, opasłe grubasy. Inni głodują, ale ich to
nie obchodzi, przecież oni mają co jeść, to jest dla nich najważniejsze.
Ogólnie mówiąc żałowałem, że świat tak wygląda, a ja nie jestem w stanie
go zmienić. Zawsze i wszędzie królowała chciwość; Poncjusz Piłat zabił Jezusa z
powodu władzy, mityczny Romulus zabił Remusa, aby samodzielnie rządzić, w
średniowieczu rycerze się zabijali dla swojego króla, który chciwie chciał
powiększyć swoje terytorium. Ludzie schodzą na psy, a z każdym dniem jest coraz
gorzej. Tak naprawdę już nie istniejemy, ludzi nie ma, są tylko niemyślące
potwory, które wykańczają siebie nawzajem.
Gdy tylko wybiła godzina ósma trzydzieści, mojego ojca jeszcze nie było.
Uprzedził, ze mają jakąś naradę, prze którą wróci najwcześniej o dziewiątej.
Całe szczęście wtedy miało już mnie nie być, także nawet nie miał prawa
wiedzieć, kiedy dokładnie zniknąłem. Spokojnie przeglądnąłem wszystkie jego
szafki, dzięki czemu znalazłem flakonik chloroformu. Uśmiechnąłem się sam do
siebie i schowałem go do kieszeni dresów. Wyjąłem jeszcze jakąś niepotrzebną
szmatkę, którą przerwałem na pół i wyszedłem z pokoju, kierując się na górę.
- Ej, młody, a ty gdzie się wybierasz? – zatrzymał mnie jeden ze
strażników na drugim piętrze. Wcześniejsze posterunki ominąłem niezauważony lub
przynajmniej nie zwracano na mnie uwagi, jednak teraz byłem zmuszony do
odwrócenia się za siebie.
- Muszę iść do kumpla – improwizowałem. – Mam do niego pewną sprawę.
- Dobra, ale wracaj zaraz, wychodzenie o tej godzinie jest zabronione,
śmigaj.
Kiwnąłem tylko głową na znak zrozumienia i w szybkim tempie pokonałem
schody, który zostały mi do tunelu. Gdy się w nim znalazłem, przeszedłem
jeszcze kilka kroków aby nie zwracać niczyjej uwagi i usiadłem z boku. Od razu
popatrzyłem na zegarek na mojej ręce, który wskazywał godzinę ósmą
pięćdziesiąt, co oznaczało jeszcze dziesięć minut czekania.
Przez ten wolny czas postanowiłem dokładnie obmyślić wszystko, co miałem
zamiar zrobić podczas wydostania się z bunkra. Gdybym był sam, pewnie musiałbym
zabić strażników, jednak dzięki pomocy tego chłopaka wystarczyło ich jedynie
uśpić chloroformem.
Posiedziałem jeszcze chwilkę, póki nie zobaczyłem, że w oddali ktoś
zmierza w moją stronę. Wstałem i zaraz rozpoznałem te dwie znajome sylwetki.
Westchnąłem, bo już zacząłem obawiać się, że się rozmyślili.
- Idziemy? – zapytałem, kiedy tylko stanęli naprzeciwko mnie. – Po
drodze wam wszystko wyjaśnię.
- Jasne, chodźmy.
- Najpierw pytanie, czy wiecie co to chloroform – zacząłem, jednak
widząc pytające spojrzenie chłopaka, westchnąłem. – To jaki związek chemiczny,
wykorzystywany kiedyś do narkozy. Często pojawia się w różnych filmach. Należy
namoczyć w nim szmatkę, przyłożyć do czyichś ust i poczekać kilka sekund. Po
takim czasie wybrana osoba traci przytomność, zasypia. W podobny sposób
pozbędziemy się strażników, będziesz jednak musiał mi pomóc.
- No dobra, ale co później? Umiesz otworzyć śluzę?
- Nie wiem, spróbujemy. Jeśli uda nam się w tym samym czasie uśpić
strażników, to nie zobaczą naszych twarzy, także w razie jakichkolwiek
komplikacji trudno będzie nas znaleźć. Nie licząc tego typa, który przyłapał
mnie na drugim piętrze.
Resztę drogi przeszliśmy w ciszy. Jedynie ta parka co jakiś czas
szeptała coś do siebie, lecz ja się nie wtrącałem. Rozumiałem, że mieli swoje
prywatne sprawy, nie miałem zamiaru się w to mieszać. Usłyszałem jedynie jedno
zdanie, w którym obwiniała się o całą apokalipsę. Byłem bardzo ciekawy, jak to
właściwie się stało, że wciągu jednego dnia cały świat pogrążył się w strachu i
chaosie, ale nie miałem zamiaru dopytywać. Jeżeli nie chcieli mi nic mówić, to
nie naciskałem. Oni mają swoje sprawy, ja swoje.
- Powiedz mi – zaczęła szatynka, zwracając się do mnie. – Co masz zamiar
zrobić, kiedy zyskasz Księgę?
To pytanie nieco mnie zaskoczyło, ale wydało się również sensowne. O tym
nie pomyślałem. W końcu co mi z tego, że dowiem się czegoś o spowiedniku, kiedy
tak naprawdę jestem niedoświadczonym gówniarzem.
- Nie mam pojęcia – przyznałem zgodnie z prawdą. – Z tego co wiem, to
Rada Starszych powinna powiadomić mnie o moim przeznaczeniu jeszcze trzy lata temu,
ale jak widać coś musiało ich powstrzymać. Wiesz, jak się z nimi skontaktować?
Zapytałem i spojrzałem na nią, jednak ona wymieniła się z chłopakiem
spojrzeniami. Widać wiedzieli coś na ten temat, ale nie byli pewni czy mi
mówić. Przez kilak sekund zachowywałem spokój i czekałem spokojnie na ich ruch,
lecz po jakimś czasie zacząłem tracić cierpliwość i nerwowo wciągnąłem
powietrze.
- Musiałbyś się zabić – mruknęła niepewnie. Spojrzałem na nią
przerażony. – Spokojnie, może w Księdze będzie inne wyjście. W każdym razie ja
byłam martwa trzy razy i właśnie przez to sprowadziłam demony na nasz świat.
- Właśnie, jak to się w ogóle stało? – zapytałem, nie wytrzymując z
ciekawością zżerająco mnie od środka. – O ile chcecie w ogóle o tym mówić, nie
namawiam.
- Nie, spoko – uspokoiła mnie. – Po prostu...Zabiłam się, żeby
porozmawiać z Radą na pewien temat. Niestety w czasie mojej kilkuminutowej
nieobecności demony zdarzyły przedostać się na drugą stronę. Przez swój egoizm
zrujnowałam ludziom życie.
- Spokojnie, na pewno miałaś jakiś ważny powód żeby to zrobić –
powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej pocieszająco. Ona odwzajemniła to, po
czym resztę drogi przemierzyliśmy w ciszy.
- Wiesz, co robić? – szepnąłem w stronę szatyna, na co ten kiwnął
twierdząco głową.
Ścisnąłem w dłoni wilgotną szmatkę, westchnąłem i szybki truchtem
podbiegłem do jednego z mężczyzn. Zaszedłem go od tyłu i przycisnąłem szmatkę
do jego ust. Jeszcze przez chwilkę się szarpał, lecz po chwili upadł
nieprzytomny na ziemię. To samo stało się z drugim, którego pozbył się mój
towarzysz. Uśmiechnąłem się do siebie, pogrzebałem trochę zamku i po kilku
sekundach udało mi się odsunąć właz.
- Jak wy właściwie macie na imię – zapytałem, wchodząc po schodach. –
Razem stąd nawiewamy, a nawet nie znam waszych imion. Ja jestem Nathan.
- Naomi – przedstawiła się dziewczyna. – To jest Cole.
- Teraz przynajmniej wiem jak się do was zwracać – powiedziałem i
chciałem odwrócić się w ich stronę, jednak moją uwagę zwrócił hałas kilka
pięter wyżej. Momentalnie zatrzymałem się i zacząłem się przysłuchiwać głosom z
góry. Było słychać jakieś ciężkie kroki, a następnie ten sam ryk, który jeszcze
jakiś czas temu choć w pewnym stopniu odstraszył zombie.
Nasłuchiwałem jeszcze chwilę, po czym momentalnie ruszyłem na górę. Cole
krzyknął jeszcze za mną, jednak ja byłem zbyt pewny swojego, aby się
zatrzymywać. Dopiero po przemierzeniu kilku pięter znalazłem się naprzeciwko
drzwi. Z lekkim przestrachem uchyliłem je. Moim oczom ukazał się widok, przez
który uśmiech wpełzł na moją twarz. Ogromny, dwumetrowy gryf z pięknymi,
żółto-czerwonymi piórami. Posiadał oczy koloru krwi, potężny dziób i ogromne
pazury. Tak, to właśnie on.
- Buru…
----------------------------------------------------
Supraaajs xd Naomi i Cole wrócili xdd Zakładałam to od samego początku bloga, to był właśnie ten mój genialny pomysł. Cieszycie się z powrotu naszej ukochanej parki? Ja bardzo xd
Ale to już zależy od naszego gustu xd Sorki, jeśli nie przypadły wam do gustu za bardzo te przemyślenia o chciwości i rządzy władzy, ale jakoś tak mnie wzięło. Po prostu pokazałam tylko co ja myślę o świecie i o ludziach, to wszystko. Jak widać wczułam się trochę za bardzo, ale przynajmniej trochę przedłużyłam ten rozdział xd
Ten podoba mi się trochę bardziej, chociaż nienawidzę tego, jak piszę dialogi -.- Zawsze są jakieś takie drętwe, jak wy to robicie że wam wychodzą? xd
Czekałem, aż ona wreszcie zaatakuje i
zakończy mój żywot, jednak ta chwila nie nadchodziła. Niepewnie uniosłem głowę
i nawet nie możecie sobie wyobrazić mojego zdziwienia, gdy zobaczyłem, jak
Bibliotekarka przygląda się mojemu nadgarstkowi. Nie wiedziałem co zrobić, ta
sytuacja kompletnie mi nie pasowała. Nic nie rozumiałem w tego wszystkiego.
- Jesteś spowiednikiem? – odezwała się w
końcu.
Byłem kompletnie zbity z tropu. Nie
rozumiałem, o co mogło chodzić tej istocie. Nie wiem jak mogła wpaść na tak
głupi i niczym nieuzasadniony pomysł, ale wolałem się nie wypowiadać na ten
temat. Obawiałem się, że wtedy mogłaby wpaść w furię i bez zastanowienia mnie
zaatakować.
- Nie, nie jestem – odrzekłem ze stoickim
spokojem. – Słyszałem o nim, ale to wątpliwe, abym okazał się taką osobą.
- W takim razie dlaczego masz jego znak na
nadgarstku? – zapytała, wskazując długim paznokciem w stronę mojej odwiecznej
szramy. – Od kiedy to masz?
- Od urodzenia. Lekarze mówili, że to nic
poważnego – wzruszyłem ramionami. – Dlaczego przed chwilą chciałaś mnie zabić,
a teraz zachowujesz się tak, jakby nic się nigdy nie stało? – odważyłem się
zapytać.
- To jest święte miejsce, nikt nie ma prawa
nic stąd wynieść. Nie chciałam zabijać żadnego człowieka, ale myślisz że
zgodziliby się stąd odejść z pustymi rękami, jeślibym o to poprosiła? Mam za
zadanie pilnować biblioteki i to robię.
- A czy mogę wiedzieć co jest w każdej z
tych Ksiąg? Podobno kiedy tylko ktoś zaglądnął do jednej z nich, to obrócił się
w pył.
- Każdy człowiek na świecie,
który teraz żyje, ma swój tom. Przed apokalipsą ta biblioteka była
kilkadziesiąt razy większa, lecz kiedy jakiś człowiek umiera, jego księga
znika. Jest również na odwrót – niemowlę wraz z przyjściem na świat dostaje
swoją. W każdej wypisane są najważniejsze dla tej osoby wydarzenia, które mają
zdarzyć się w najbliższej przyszłości. Nikt nie może przeczytaj swojej, bo
zaraz zamieni się w pył. Może zapoznać się z czyjąś, lecz jest pewien haczyk –
zabronione jest, aby mówić komukolwiek o tym, co było tam napisane. Wszystko
trzeba zachować dla siebie.
- A Więc dlatego zginął
tamten człowiek? Poznał swoją historię? – zapytałem. Stwór kiwnął głową. –
Mówiłaś coś o spowiedniku i jego znaku. Możesz mi wytłumaczyć o co z tym
chodzi?
- Naturalnie, dawno nie
miałam okazji porozmawiać z istotą rozumną – zaśmiała się. – Kiedy rodzi się
nowy spowiednik – czyli po prostu pogromca demonów – zawsze ma na sobie znak
swego rodu. Dwie falowane linie, po środku których znajduje się kropka. Linie
oznaczają anioły i demony, a kropka osobę odpowiedzialną za utrzymanie ładu i
nie pozwolenie na walkę między dobrem i złem. Najwyraźniej ty jesteś tą właśnie
osobą. Dziwi mnie to, że rada nie powiedziała ci o twoim powołaniu. Robi to
zazwyczaj wtedy, gdy spowiednik kończy szesnaście lat, a ty wyglądasz na
starszego, nie mylę się? Najwyraźniej chcieli cię chronić, jednak nie mam
pojęcia przed czym.
Dopiero teraz
zrozumiałem, że tak naprawdę ta cała apokalipsa otworzyła przede mną wiele
drzwi. Dzięki temu dowiedziałem się wielu rzeczy, o których normalnie nie
miałem pojęcia i pewnie nie dowiedziałbym się jeszcze przez długi czas. Okazało
się, że mój ojciec żyje, istoty nadprzyrodzone istnieją, a ja jestem pogromcą
demonów. Z tego co zrozumiałem, mam szansę na uratowanie świata tak, aby
wszystko wróciło do normy. Zrobiłbym to nawet wtedy, jeśli miałoby od tego
zależeć moje życie, ale pytanie brzmi – co ja mam w ogóle zrobić?
- W takim razie co miałbym
zrobić?
- Wybacz, ale nie wiem tego.
To zbyt duża wiedza, nie mam pojęcia o takich rzeczach – odpowiedziała,
bezradnie wzruszając ramionami. – Dopóki nie ujawni ci się nikt z rady i nie
powiadomi, że jesteś spowiednikiem, teoretycznie nie masz na co liczyć.
- Teoretycznie? – podniosłem
jedną brew do góry, w nadziei dowiedzenia się czegoś więcej.
- Teoretycznie, bo
praktycznie wystarczy mieć Księgę zaklęć. Tam masz dokładnie wszystko opisane,
wszystkie czary i klątwy. Często też podświadomie pamiętasz różne regułki, nie
potrzebując niczego. Ty spowiednikiem jesteś wewnątrz duszy.
- A jak mogę znaleźć tą Księgę
i gdzie ona jest?
- Zawsze przechodzi z
pokolenia na pokolenie. Na ten przykład Cailie dostała księgę od babci, nawet
nie wiedząc, jak ważna to jest rzecz. Niestety ze spowiednikami jest inaczej;
kiedy umiera jeden, dokładnie w tym samym czasie na świat przychodzi drugi. Tak
naprawdę spowiednikiem zostaje się na chybił trafił. Po prostu miałeś
szczęście, ale pamiętaj, że musisz dobrze wykorzystać ten dar. Jeśli będziesz
źle wykorzystywał swoje moce, najzwyczajniej w świecie zostaniesz zlikwidowany,
a twoje miejsce zajmie inny. Obiecaj mi, że będziesz uważał. Wydajesz się
dojrzałym człowiekiem i mam nadzieję, że rozumiesz sens moich słów.
- Nie mogę tego obiecać,
najpierw muszę dowiedzieć się kim tak naprawdę jestem – oznajmiłem zgodnie z
prawdą i spojrzałem na zegarek. Dopiero wtedy zorientowałem się, że tak
naprawdę zostało mi jeszcze niecałe dziesięć minut na powrót. – Przepraszam
najmocniej, ale muszę już wracać. Tamci pewnie myślą, że nie żyję. Ale mam też
prośbę.
- Słucham.
- Czy mógłbym zabrać jedną z Ksiąg? Wtedy
ludzie może przestaliby tutaj schodzić, bo wiedzieliby już o co chodzi.
- To nie jest takie łatwe –
odrzekła. – Ludzie nie byliby w stanie zrozumieć takich rzeczy, to są
nadnaturalne moce. Mogliby sobie jedynie zaszkodzić, po za tym Rada nakazała mi
tego pilnować i nie pokazywać żadnemu człowiekowi. Lecz jesteś spowiednikiem,
tobie nie mogę odmówić. W pewnym sensie jesteś bardzo ważny i demony muszą być
ci poddane.
Zastanowiłem się
chwilę i zrozumiałem, że ta kobieta, o ile mogę tak o niej mówić, miała rację.
Wiem, że miałem misję i ani na chwilę o tym nie zapominałem, ale z drugiej
strony okazałem się spowiednikiem. Osobą, którą cały czas szukałem wraz z
Thomasem byłem tak naprawdę ja sam. Nie byłem zwykłym nastolatkiem, ale osobą,
która jako jedyna miała teraz szansę odwrócić los tej całej apokalipsy na tyle,
aby wszystko choć pewnym sensie było
tak, jak dawniej. Aby ludzie mogli bez obaw wyjść na powierzchnię, odbudować
zniszczone domy i żyć.
- Nie – westchnąłem. – Nie
wezmę tej Księgi, rozumiem, że masz za zadanie chronić to miejsce i nie mam
zamiaru tego niszczyć przez jakieś głupie zachcianki. I tak dzięki tobie dowiedziałem
się, kim naprawdę jestem i to mi wystarczy. Teraz muszę jedynie wrócić na górę
i odnaleźć tę Księgę, to chyba jest jedyne wyjście, aby dowiedzieć się
czegokolwiek. Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś, teraz nie muszę już
przynajmniej żyć w kłamstwie – uśmiechnąłem się lekko i odwróciłem w stronę
korytarza, na którym momentalnie zaświeciły się wszystkie światła. – Wybacz,
ale naprawdę muszę już wracać. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia. Mam
nadzieję, że się jeszcze spotkamy. I powodzenia, jestem pewna, że będziesz
doskonałym spowiednikiem.
Biegłem najszybciej jak mogłem. W
końcu gdyby na dobre zamknęli właz, to nie usłyszeliby mojego dobijania się do
nich. Bałem się, że nie zdarzę, gdyż zostały mi jeszcze jakieś trzy minuty, a
przebiegłem dopiero połowę drogi. To jeszcze bardziej zmotywowało mnie do
szybszego dotarcia do schodów. Zawsze byłem dość dobry z zajęć wychowania
fizycznego, więc nie robiło mi to większego problemu. Jedynie zmęczenie coraz
bardziej dawało się we znaki, ponieważ nigdy nie biegiem tak długiego dystansu
w tak szybkim tempie.
Kiedy tylko zobaczyłem w oddali właz
kierujący na górę, dobiegłem do schodów i jak najszybciej wbiegłem po nich.
Wziąłem głęboki wdech i zapukałem w pokrywę nade mną. Na początku odpowiadała
mi jedynie cisza, jednak po jakimś czasie usłyszałem nad sobą ożywione rozmowy
i ciągłe chodzenie w tą i z powrotem. Dopiero po chwili właz zaczął się powoli
odsłaniać. Zaraz zleciał się tłum ludzi, którzy patrzyli na mnie z
niedowierzaniem. Gdy tylko udało mi się stanąć na ziemi, wszyscy zaczęli zalewać
mnie falą pytań. Przez ciągła gwarę nie zrozumiałem nic, dopiero dowódca,
uśmiechając się półgębkiem, uciszył tłum. Zaczął coś szeptać do swojego
podwładnego, po czym mnie i mojego ojca zaprowadził do swojego gabinetu.
- Zanim zaczniemy rozmawiać na temat
sytuacji na piątym piętrze powiedz, jak się czujesz fizycznie i psychicznie –
zaczął mężczyzna, przeglądając jakieś papiery. – Dwóch naszych, którzy ostatnio
stamtąd wrócili są pod opieką psychiatry. Całkowicie sfiksowali, nie ma z nimi
kontaktu, odkąd tylko wrócili.
- Bardzo dobrze – odrzekłem zgodnie z
prawdą. – Mam najwyżej kilka zadrapań czy siniaków, to wszystko.
- Wyśmienicie. W takim razie opowiedz mi
wszystko po kolei.
- Właściwie to nie ma co opowiadać. Kiedy
byłem już w połowie korytarza, zaczęła mnie gonić. Schowałem się za jednym z
regałów, a pierwszy lepszy tom włożyłem sobie pod bluzę. Niestety zaraz potem
zaważyła mnie, więc zacząłem biegać między szafkami i stołami. Jakimś cudem
udało mi się ją zgubić, a wtedy jak najszybciej wbiegłem do tunelu. Niestety
potknąłem się o coś i wywróciłem. Straciłem na chwilę przytomność, a kiedy
tylko ją odzyskałem, w te pędy przybiegłem tutaj. Dopiero na górze
zorientowałem się, że zgubiłem księgę – powiedziałem na jednym wydechu.
Było mi głupio, że musiałem
okłamywać tych ludzi i zamiast stać po stronie swoich, to wolałem trzymać się
jakiegoś stwora. Niestety musiałem, to okazał się mój obowiązek. Dowiedziałem
się, że nie jestem zwyczajnym człowiekiem i mam szansę sprawić, aby ludzie
wrócili na powierzchnię. Tak na prawdę ze zmęczenia i zaskoczenia to jeszcze
dobrze do mnie nie dotarło. Kiedy usiadłem na krześle i opowiedziałem tą
wymyśloną historię, zrozumiałem swoje powołanie. A teraz musiałem je wypełnić i
za wszelką cenę sprawić, aby ludzie nie dowiedzieli się prawdy. Lepiej dla
nich, gdy żyją w niewiedzy.
- Czyli, że nie masz Księgi? – zapytał, na
to przecząco kiwnąłem głową. Siwowłosy dowódca westchnął. – Cóż, w takim razie
mimo wszystko misja nie została wypełniona, niestety. Chyba, że poszedłbyś tam
jutro drugi raz. Zgadzasz się?
- Oszaleliście już kompletnie – wtrącił się
mój ojciec, waląc pięścią w drewniane, stare biurko mężczyzny. – Mój syn prawie
zginął, a wy drugi raz chcecie go tam zesłać? Myślicie, że jak raz mu się udało
to będzie miał takie szczęście drugi raz? Ledwo co go znaleźliście, a już
wkręcacie chłopaka w te swoje chore gierki. Jeśli tak bardzo tego chcecie to ja
pójdę, ale Nathanowi dajcie święty spokój!
- Mógłbyś się nie wtrącać? – warknąłem. –
Mam swój rozum i znam umiar. Nie ma szans żebym poszedł tam następny raz, ta
wycieczka wystarczy mi w zupełności. Zgodziłem się tylko jeden raz zejść na dół
i nie mam zamiaru tego powtarzać.
- A więc czego żądasz w zamian za ponowne
zejście na dół? – zapytał mężczyzna, nadal nie ustępując. – Dobrze wiesz, że…
- Niczego – przerwałem. – Już panu powiedziałem,
że tam ponownie nie zejdę. I tak dużo ryzykowałem, że w ogóle postanowiłem tam
pójść. Tym razem szukajcie kogo innego, nie mam zamiaru drugo raz tego przeżyć,
o ile bym oczywiście nie został zabity!
Doskonale wiedziałem, że nic mi już
nie grozi, w końcu Bibliotekarka nie zabiłaby swojego, ale jak inaczej
wytłumaczyłbym im całą tą sytuacje ze spowiednikiem, Radą Starszych i całą
resztą? Byli tylko ludźmi, po za tym uznaliby mnie za wariata. Nie mogłem im
wtedy zaufać, postanowiłem nawet ojcu nic nie mówić. Wtedy myślałem już tylko o
tym, aby wyjść na powierzchnię i znaleźć tą Księgę. Nie wiedziałem, gdzie ona
może się znajdować, jednak udało mi się raz przenieść jedną kartkę w czasie i
przestrzeni, więc szansa była na to i teraz. Problem jednak polegał na tym, ze
za nic w świecie nie wiedziałem, jak to zrobić.
Po skończonej rozmowie, postanowiłem
przejść się po piętrach. Nie miałem zamiaru całymi dniami gnić w swoim pokoju,
a była także szansa na to, że spotkam kogoś znajomego. Lecz moim głównym celem
było obmyślenie planu, który polegał na ucieczce z bunkra. Strażnicy
wypuszczali i wpuszczali tylko stalkerów, a ja nie zaliczałem się do ich grona.
Po za tym oni mnie już znali, prawie każdy przynajmniej mnie kojarzył z widzenia.
W końcu teraz byłem sławny, aż za nadto.
Kiedy znajdowałem się na pierwszych piętrze, czyli
teoretycznie parterze, postanowiłem przejść się po najbliższych straganach.
Odkąd wybuchła apokalipsa, pieniądze straciły najmniejszą wartość. W tym momencie
płaciło się najważniejszymi rzeczami; lekami. W zamian za to można było nabyć jedzenie,
ubrania albo jakieś inne gadżety jak zegarki na rękę czy biżuterię. Biednym nie
było to już do szczęścia potrzebne, za to tym z czwartego piętra – bez
problemu. Stalkerzy przynosili wojsku i politykom wszystko, dlatego też nie
musieli się ograniczać, jeśli chodzi o wydatki, kiedy ludzie piętra wyżej
umierali z głodu. Widać, że nawet teraz, zamiast się jednoczyć, każdy myśli
tylko o sobie, a innych ma głęboko gdzieś.
Rozglądnąłem się trochę w
poszukiwaniu jakiegoś jedzenia, gdyż ta cała wyprawa wyczerpała wszystkie
zapasy moich sił. Przy okazji podzieliłem się swoim pożywieniem z wychudzoną
kobietą, która na rękach trzymała prawdopodobnie dopiero co narodzone dziecko.
Tak naprawdę było o wiele więcej osób w potrzebie, ale nie miałem wystarczająco
dużo leków, aby dokupić coś jeszcze.
Usiadłem na schodach prowadzących
do tunelu, którym jeszcze kilka dni temu wprowadzali mnie do bunkra i zacząłem zajadać
bułkę z wyschniętym liściem sałaty. To i tak była najlepsza rzecz, na jaką było
mnie stać, reszta albo była nieziemsko droga, albo po prostu nie do
przełknięcia. Bo kto o zdrowych zmysłach chciałby jeść szczura? Trzeba by być
naprawdę zdeterminowanym i głodnym.
Kiedy tak rozmyślałem, mój wzrok
natrafił na jakąś parę; dziewczyna z zaniedbanie ułożonymi włosami i jasnowłosy
chłopak trzymający ją za rękę. Wydawało mi się, ze skądś znałem tę dziewczynę,
jednak za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Moje zdziwienie
spotęgował fakt, że na moich oczach wyczarowała sobie baton. Nie mogłem w to
uwierzyć, dlatego moja osłupiała mina nie mogła nikogo zdziwić. Do tego
przypomniałem sobie, że to właśnie z jej domu wziąłem kartkę z Księgi.
----------------------------------------------------
Hej :)
Zdaję sobie sprawę z tego, że ten rozdział nie wyszedł mi za bardzo, ale powiedzmy, że po prostu nie wiedziałam co pisać -.- Mam nadzieję, że ten następny bardziej przypadnie i mi i wam do gustu, ale poczekamy, zobaczymy xd W każdym razie jestem ciekawa czy wiecie, kim jest ten chłopak i dziewczyna xd Raczej się domyślacie, mam nadzieję XD
A więc tak, proszę o komentarze i błagam; jeżeli ktoś czyta, niech komentuje. Nie chodzi mi o długie wyczerpujące komentarze, wystarczy "Fajny rozdział" lub "Beznadziejnie ci wyszedł ten opek", na prawdę. Chcę choćby w najkrótszych słowach poznać waszą opinię, dobrze? Proszę was o to, to tyle ;)
Heloooł ;D Wróciłam do was po tygodniowej przerwie z nową dawką weny. Mam nadzieję, że ktoś tęsknił za mną choć troszkę Xdd A jeśli nie, to przynajmniej ja za wami tęskniłam ;) Niestety mój problem polega na tym, że :
1. Nie miałam kiedy pisać; wyjeżdżałam rano, a po zwiedzaniu byłam na maxa zmęczona
2. Nie wzięłam laptopa bo gdzie się będę z nim użerać, a telefon wkurza mnie na tyle, że czasem mam dość nawet i pisania sms'ów. Po prostu nienawidzę pisać na komórce >.<
3. Płatny internet, który ograniczył mnie totalnie -.- Najwidoczniej w tych czasach gwiazdki nad nazwą hotelu nic nie znaczą....
No, w każdym razie wróciłam i mam nadzieję, że nowe rozdziałki będę dodawała w miarę regularnie ;) A teraz - zapraszam serdecznie na rozdział :)
- Jak duża liczba zombie znajduje się na
powierzchni? – zapytał starszy mężczyzna z gęstą siwą brodą i głęboko
osadzonymi oczami. Wpatrywał się we mnie wraz z kilkunastoma innymi osobami
siedzącymi wokół stołu.
- Jeżeli chodzi o nich, to już w ogóle nie ma ich na zewnątrz –
odrzekłem, po czym kontynuowałem wypowiedź – Teraz tam rządzą jacyś ludzie.
Wyglądają jak przybyli z innych czasów, prawdopodobnie z średniowiecza. Jeżdżą
na koniach, często przebrani są w zbroję.
- Wiesz kim mogą być?
- Nie mam pojęcia – wzruszyłem ramionami. – Choć uważam, że są to jakieś
postacie paranormalne, jak demony. Mają moce i z tego, co zdążyłem się
zorientować wiem, że szukają jakiegoś spowiednika.
- A, mniej więcej, jak dużo jest tych ludzi? Więcej niż nas? –
kontynuował przesłuchanie następny, nieco młodszy mężczyzna.
- Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia. Widziałem jedynie wczoraj jakąś
straż patrolującą, a dzień wcześniej jakaś grupkę. W każdym razie nie wiem czy
zwykłą bronią da się ich wszystkich pokonać. W końcu nie wiem, czy zwykli
ludzie tacy jak my, mogą igrać z czarami.
Ten, który jako pierwszy zaczął
wypytywać mnie o wszystko, spojrzał w stronę reszty. Większość z nich
potwierdzająco kiwnęła głowami. Nie miałem pojęcia, co oni planowali, ale
obawiałem się tego. Nie chciałem zbytnio wracać na powierzchnię, przynajmniej
na razie. Wolałem być wśród ludzi, a nie sam na sam z jakimiś potworami.
Zachowywałem się może jak tchórz, ale chciałem trochę od wszystkiego odpocząć,
poukładać to wszystko w głowie. Na zewnątrz nie miałem na to czasu, cały czas
musiałem uciekać. Niebezpieczeństwo czyhające na mnie na każdym zakręcie było
wykańczające. Ciągle moim ciałem rządził strach, serce biło jak oszalałe, a ja
nie mogłem tego powstrzymać.
- Posłuchaj – zaczął w końcu ten prowadzący. – Ten bunkier należy do
Organizacji Exodusu. Jest to tajna organizacja zajmująca się rzeczami
paranormalnymi. Każda osoba, która w niej pracuje, musi być odcięta od rodziny
i całego świata zewnętrznego, aby nie wyjawić jej tajemnic. Twój ojciec został
do tej organizacji włączony, przez to musieliśmy wymyślić jakąś bajkę, abyście
go nie szukali wraz z twoją matką. Razem z kilkunastoma innymi wojskowymi cały
czas byli tu i wszystko dokładnie badali. Piąte piętro jest zastrzeżone z
powodu jakiegoś cholerstwa, które tam grasuje. Już kilkadziesiąt osób tam
zginęło i nadal nie wiemy dokładnie co tam jest. Nikt nie chce się tam
zagłębiać, każdy się boi. Postanowiliśmy wyjawić tobie tę tajemnicę i zapytać,
czy ty nie byłbyś chętny do wyruszenia tam. Jesteś młody, zręczny i myślę, że
byś sobie poradził. Jeśli się zgodzisz i wrócisz z tym czego chcemy, już
oficjalnie będziesz członkiem naszego zespołu i dostaniesz dostęp do akt.
Wiemy, że aby tam pójść potrzebna jest niesamowita odwaga, ale myślę że tobie
jej nie brakuje. Zgadzasz się?
Ta propozycja ułatwiła mi sprawę na
dostanie się na piąte piętro. Mogłem zdobyć zaufanie i uznanie najważniejszych
osób z bunkrze, a jednocześnie i zaspokoić ciekawość. Dziwiłem się osobom,
które nie chciały zejść na dół i dowiedzieć się prawdy. Rozumiem, że większość
ludzi zaginęła w czasie wypraw to tamtego miejsca, ale mimo wszystko chciałem
dowiedzieć się prawdy.
- Co miałbym zrobić – zapytałem. Starzec spojrzał na mnie z zaskoczeniem
wymalowanym na twarzy, jednak po chwili lekko się uśmiechnął.
- Kiedy zejdziesz na piąte piętro, zobaczysz przed sobą długi korytarz.
Musisz nim iść, aż natrafisz na ogromną salę, która cała wypełniona jest książkami.
Chwyć pierwszą, która nawinie ci się do rąk i od razu biegnij do nas. Jeśli
zrobisz to szybko, jest możliwość nienatrafienia na bibliotekarkę – potwora
grasującego na dole. Nie musisz robić nic więcej. Tam cały czas palą się
światła awaryjne, jednak weź ze sobą latarkę i miej ją włączoną. Jeśli ci
zgaśnie i nie będzie chciała się zapalić, to ostrzeżenie, że bibliotekarka
wyczuła czyjąś obecność. Nie wiemy, od czego zależy to, czy cię wywęszy czy
nie. W każdym razie wcześniej czy później dowie się o obecności człowieka. Rozumiesz,
co masz robić?
- Tak – kiwnąłem głową. – Kiedy mam ruszać?
- Za godzinę. Zamkniemy wejście na górę, aby cywile nie widzieli, że
ktokolwiek schodzi na dół. Jak na razie tylko wojsko i rząd wie o istnieniu
życia pod nami, nie chcemy wzbudzić paniki. Tutaj ludzie czują się bezpieczni,
a gdyby dowiedzieli się o jakiś mutantach żyjących razem z nimi, czuliby się
zbyt niepewnie.
- Idź już do siebie – odezwała się kobieta siedząca obok. – Teraz jest
godzina dwunasta czterdzieści sześć. Dokładnie o czternastej zjaw się przy
włazie. Jeśli będziesz chciał się wydostać to zapukaj alfabetem morsa inicjały
„SD”. Muszą to być trzy szybkie stuknięcia, jedno długie i dwa krótkie.
Zrozumiałeś wszystko? – kiwnąłem potwierdzająco głową. – W takim razie możesz
już iść. Masz godzinę na zastanowienie się nad wszystkim, jeszcze będziesz mógł
się wycofać, lecz kiedy znajdziesz się na dole, nie będzie odwrotu.
- Jestem pewny tego, co chcę zrobić. Bardzo dobrze to sobie przemyślałem
– odrzekłem. – Mogę już iść?
- Oczywiście – potwierdziła kobieta. – Strach i wszystko inne zostaw w
pokoju. Potrzebna ci będzie jedynie latarka i duża dawka odwagi.
Wstałem z krzesła i wyszedłem z pomieszczenia.
Za drzwiami czekał na mnie tata, który zaraz obrzucił mnie pytaniami. Był
ciekawy tego, co wojskowi chcieli wiedzieć. Jednak ja, zamiast odpowiadać, od
razu powiadomiłem go o tym, że schodzę na piąte piętro. Kiedy tylko to
usłyszał, zrobił wielkie oczy i momentalnie się zatrzymał. Najwyraźniej nie
wierzył w to, co słyszy. Powtórzyłem wypowiedź, po czym ruszyłem dalej. Rodzic
zaraz mnie zatrzymał i próbował powstrzymać przed – jak to określił –
popełnieniem największego błędu swojego życia, ale ja nie chciałem go słuchać.
Można mnie uznać za rozwydrzonego
bachora, który nie liczy się ze zdaniem innych i widzi jedynie czubek swojego
nosa. Możliwe, że tak było, nie zaprzeczam. Wolałem jednak zaufać sobie niż
innym. Jakaś nieodparta siła ciągnęła mnie tam i jednocześnie nie opuszczała
nadzieja, że nic mi się nie stanie. Musiałem docenić to, że tak szybko mi
zaufali i wykorzystać, bo druga taka szansa mogła mi się już nie trafić.
- Możesz się jeszcze wycofać, nie rób głupstw – warknął ojciec, kiedy
znaleźliśmy się już w pokoju.
- Przestań mi w końcu truć – krzyknąłem. – Nie namówisz mnie do zmiany
zdania. Chcę tam zejść i zdobyć tę cholerną książkę, a ty mi na pewno nie
przeszkodzisz.
Tata westchnął i opadł na łóżko.
Najwyraźniej zrozumiał, że nie przekona mnie do wycofania się z tego całego
gówna. Podjąłem decyzję i nie miałem zamiaru w tym nic zmieniać. Od zawsze
byłem uparty jak osioł i robiłem to, co mi się podobało. Teraz także musiałem
postawić na swoim i za nic w świecie się nie poddawać.
Kiedy wybiła tak upragniona
przeze mnie godzina czternasta, szybkim krokiem i z latarką w ręku wyszedłem z
pokoju. Kierowałem się w stronę holu. Jak się okazało, wiele osób opuściło
swoje cztery ściany, ale zobaczyć jak następny śmiałek idzie na pewną śmierć.
Wiele osób rzucało mi pełne współczucia spojrzenia, ale ja starałem się nie
myśleć o tym, co miało mnie spotkać. Wolałem wmawia sobie, że wyjdę ze
wszystkiego cało, a inni jeszcze będą mnie podziwiać. To było prawie
niemożliwe, ale musiałem spróbować, choćby dla samego siebie i dla własnego
sumienia.
Mówi się, że ciekawość to pierwszy
stopień do piekła. Właśnie w tym wypadku to powiedzenie miało się sprawdzić.
- Masz latarkę? – zapytał jeden z tych mężczyzn, którzy byli na moim
przesłuchaniu.
- Tak – westchnąłem.
Próbowałem się jakoś skoncentrować na
zadaniu, ale tłum zgromadzony wokół uniemożliwiał mi to. Całe szczęście wejście
na wyższe piętra zostało zamknięte, aby nie wzbudzać zbyt dużego
zainteresowania cywili. Na czwartym poziomie mieszkają jedynie wojskowi, więc
moje zejście niżej zostałoby i tak tylko w naszym gronie.
- Pamiętasz cały plan? – kiwnąłem twierdząco głową. – Masz zejść na dół
i jak najszybciej przebiec ten korytarz. Ma on około kilometra. Jeżeli twoja
latarka zgaśnie, to znaczy, że bibliotekarka jest gdzieś niedaleko i wyczuła
twoją obecność. Wtedy przyśpiesz, zgarnij pierwszą lepszą książkę i wracaj. Nie
zaszywaj się nigdzie, nie rozglądaj, to zbyt niebezpieczne zadanie.
- I tak prawdopodobnie jesteś naszą ostatnią nadzieją – wtrąciła
kobieta, z którą rozmawiałem podczas przesłuchania. – Już nikt nie chce tam
schodzić, wszyscy zbyt się boją.
- Masz czas przez maksymalnie godzinę, później zamykamy właz na dobre.
Postaraj się zmieścić w czasie, bo nawet idąc tam spacerkiem w tą i z powrotem,
wyrobiłbyś się spokojnie w czterdzieści minut. Dasz radę?
- Postaram się.
W tym właśnie momencie właz został
odsłonięty. Pod sobą zobaczyłem długie, kręte schody o długości kilkunastu
metrów. Na samym dole panował półmrok, dzięki lampom awaryjnym, rozmieszczonym
co kilka metrów na obu ścianach korytarza.
Wciągnąłem ze świstem powietrze.
Bałem się jak nigdy, dlatego wahałem się jeszcze czy aby na pewno schodzić na
dół. Nie dano mi jednak więcej czasu do namysłu, bo inni zaraz zaczęli mnie
pośpieszać. Westchnąłem i niepewnie mijałem następne schodki. Gdy stałem już na
blado-brązowej posadzce, właz został zatrzaśnięty z hukiem. Ostatnia osoba jaką
widziałem, to mój tata, którego usta układały się w słowo „Powodzenia”.
Zostałem całkowicie sam.
Towarzyszyła mi jedynie hucząca w uszach cisza, przerywana chwilami jękami
dochodzącymi z dołu. Wolałem nie zaglądać na niższe piętra; bałem się, co
mógłbym tam zobaczyć. Aby zaoszczędzić sobie niepotrzebnych wrażeń, po prostu
szybkim marszem ruszyłem przed siebie.
Pierwsze pół kilometra przeszedłem w
spokoju, w końcu teoretycznie byłem tu sam. Zastosowałem się do poleceń
wojskowych i przez cały czas miałem włączoną latarkę, mimo bardzo dobrego
oświetlenia. Kiedy zostało mi jeszcze około trzystu metrów drogi, latarka
zaczęła migać, aż całkowici padła. Próbowałem ją kilkakrotnie włączyć, jednak
nic to nie dawało. Serce ze strachu prawie wyskoczyło mi z klatki piersiowej.
Chciałem biec dalej, jednak usłyszałem za sobą jakiś hałas. Odwróciłem się i
zobaczyłem, że światła zaczynają po kolei gasnąć, a w moją stronę zbliżała się
bibliotekarka; miała podłużną, całkowicie białą twarz, ogromne puste oczy i
szeroki uśmiech przyprawiający o dreszcze. Przyodziana była w białą suknię
poplamioną bruzdami, prawdopodobnie, krwi. Ona sama unosiła się kilkanaście
centymetrów nad ziemią.
Krzyknąłem ze strachu i zacząłem biec
przed siebie, potykając się cały czas i prawie wywracając. A ona? Śmiała się za
moimi plecami. Dla niej to była zabawa w kotka i myszkę, kiedy ja byłem
przerażony jak nigdy. Gdy udało mi się w końcu dostać do przestronnego holu,
zaraz schowałem się za jakimś regałem i spomiędzy książek obserwowałem ją.
Hol był ogromną salą o długości około
pięćdziesięciu metrów i szerokości niedużo mniejszej. Bardzo zaskoczyło mnie
to, że to pomieszczenie jest o wiele bardziej zadbane i czyste od całego
zamieszkałego przez ludzi bunkra. Ściany były koloru bordowego, a sufit –
szarego. Regały sięgały prawie samego sufitu, czyli około dziesięciu metrów.
Schowałem się za pierwszą szafką, aby widzieć, kiedy ta istota znajdzie się w
Sali. Czekając na nią, chwyciłem przy okazji pierwszą lepszą księgę i schowałem
pod koszulkę. Domyślam się, że byłaby wściekła widząc, że wynoszę jej własność.
Kiedy już weszła, a właściwie
wleciała, to sali, zaczęła się nerwowo rozglądać. Mimo tego ten wredny
uśmieszek nie schodził jej z ust tak, jakby była na niego skazana. Niepewnie
ruszyła w moją stronę, a ja wstrzymałem oddech i starałem się nie wykonywać
żadnego, nawet najmniejszego, ruchu. Zacząłem odmawiać ostatnią modlitwę przed
śmiercią, gdyż byłem pewien, że zginę. Zacząłem żałować, że w ogóle zgodziłem
się tu schodzić. To był chyba jeden z największych błędów, jakie popełniłem.
Zrozumiałem, że choć czasem powinienem posłuchać innych, a nie zdawać się tylko
na siebie. Pieprzony egoista. Szkoda tylko, że to doszło do mnie po czasie.
Bibliotekarka zaczęła niepewnie
chodzić z miejsca na miejsce, jakby od znalezienia mnie zależało jej życie. Dopiero
gdy odeszła trochę od wejścia do korytarza, wstałem i chciałem jak najszybciej
pobiec w jego stronę, a potem już tylko do włazu. Może bym nie zdążył, albo w
czasie uciekania upadł ze zmęczenia i już nie wstał, ale musiałem spróbować.
Zawsze żyłem spontanicznie, a decyzje podejmowałem od razu. Nie zawsze były to
dobre decyzje, ale mimo tego nie mogłem bezczynnie stać i czekać, aż ona mnie
zajdzie, a wtedy nie byłoby już odwrotu.
Gdy tylko podniosłem się do pozycji
stojącej, jak na złość, strąciłem łokciem książkę. Huk, który spowodował jej
upadek sprawił, że zwróciłem na siebie uwagę tego przedziwnego, a zarazem
strasznego, stworzenia. Przez to musiałem pobiec w przeciwną stronę, niż
zamierzałem i znów ukrywać się pomiędzy stertą porozwalanych księg. Stworzenie
zaraz zaczęło mnie gonić, nie ustając ani na chwilę. Wszelkie próby schowania
się między półkami spełzały na niczym, a ja zaczynałem opadać z sił. W pewnym
momencie potknąłem się o własną nogę i upadłem prosto na ścianę. Zjechałem po
niej i odwróciłem się przodem do bibliotekarki, która zmierzała prosto na mnie.
- I czy warto było uciekać? – zapytała, głosem przyprawiającym o
dreszcze.
Już szykowała się na atak na mnie. To
był mój koniec, nawet nie zdążyłem się pożegnać z ojcem. Zamiast żyć z nim w
dobrych stosunkach, wolałem się kłócić. Nienawidziłem go za to, jaki był dla
mnie i mojego brata przez całe życie, ale to jednak był mój rodzony tata.
Straciłem już matkę, nie mogłem stracić i ojca przez mój egoizm i bezmyślność.
A już na pewno nie przez zawiść.
Szykując się na śmierć, zakryłem
jedynie twarz dłonią.