wtorek, 21 lipca 2015

Rozdział 11 Lucy

     Zatrzymaliśmy się pod jednym z bloków i w egipskich ciemnościach zaczęliśmy podążać na samą górę, gdzie byliśmy bardziej bezpieczni. Drogę oświetlał nam jedynie blask księżyca. Dziewczyna raz się potknęła i prawie upadła, jednak Cole złapał ją w porę i uchronił przed upadkiem. Ja, ponieważ szedłem przodem, nie odwróciłem się ani na chwilę, nie chcąc, aby spotkał mnie podobny los, kiedy mógłbym nie zauważyć jednego ze schodków.
     - Zatrzymajmy się w tym mieszkaniu – zarządziłem, stojąc przed drzwiami z nadrukiem cyferek pięć, zero i dwa.
     Wskazywało to na to, że znajdowaliśmy się na piątym piętrze. Nacisnąłem klamkę, jednak drzwi okazały się zamknięte na klucz. Rozwaliłem więc zamek kopniakiem, dumny z siebie, że udało mi się to za pierwszym razem.
     - Rozdzielmy się i przeszukajmy pokoje, będę czuł się pewniej – zaproponował Cole ochrypłym głosem.
     Ja postanowiłem przeczesać lewe skrzydło mieszkania, natomiast para – prawe. Koniec końców nie znaleźliśmy nic ciekawego, a zarazem i niepokojącego, więc wróciłem do salonu, gdzie moi towarzysze już na mnie czekali. Postanowiliśmy, że nie będziemy zwlekać, dlatego usiadłem na kanapie i czekałem na instrukcję Cole w sprawie z przenoszeniem rzeczy w czasoprzestrzeni.
     - Na samym początku musisz się rozluźnić i przestać myśleć o wszystkim innym, twoją głowę powinna zaprzątać tylko i wyłącznie Księga, dobrze? Zamknij powoli oczy i oddychaj głęboko….Wyobraź sobie kształt Księgi, jej wygląd i chropowatą powierzchnię. Kiedy już będziesz miał w głowie tylko ją, a wszystko inne wyrzucisz z umysłu, zacznij głośno liczyć od dziesięciu w dół.
     Siedziałem tak chwilę, starając się dopasować do tego, co mówił szatyn, po czym odliczyłem powoli pierwsze dziesięć liczb. Kiedy tylko wypowiedziałem ostatnią, znalazłem się w zupełnie innym miejscu. Byłem w jakimś budynku, prawdopodobnie biurowcu. Ściany były kompletnie obdarte, a po podłodze walały się śmieci. Najbardziej jednak przeraziły mnie smugi krwi, prowadzące wzdłuż korytarza i znikające za zakrętem.
     Coś kazało mi iść tym śladem. Chwilę wahałem się, czy aby na pewno chcę to zrobić, lecz zaraz ruszyłem wolnym krokiem dalej.
     Panowała tu naprawdę straszna atmosfera. Było przeraźliwie zimno, a w powietrzu unosił się zapach benzyny i chrzanu. Do tego lampy awaryjne wypuszczały zbyt słabe światło, aby dało się zauważyć coś znajdującego się dziesięć metrów dalej. Byłem całkowicie przerażony, czułem się jak w jakimś horrorze kinowym. Brakowało tylko, aby zaraz zza rogu wypadł jakiś zmutowany potwór, chcący mnie zabić lub doprowadzić do szaleństwa.
     Kiedy znalazłem się przy zakręcie, przywarłem się ściany i ostrożnie wyglądnąłem zza rogu. Całe szczęście nie zastałem tam nic, prócz drewnianej podłogi i czerwonych śladów prowadzących dalej, wyglądających, jakby ktoś ciągnął po podłodze zwłoki. Zadrżałem i ruszyłem za nimi, próbując jakoś przezwyciężyć strach o własne bezpieczeństwo.
     W końcu doszedłem do schodów. Zatrzymałem się za kilka sekund, lecz westchnąłem i ruszyłem po nich, cały czas patrząc w górę. Nadal czułem się niepewnie, do tego byłem całkiem sam. Pokonałem jeszcze kilkadziesiąt metrów, aż doszedłem do pewnych drzwi. Różniły się od reszty tym, że były lekko uchylone. Niepewnie, ale otworzyłem je i przekroczyłem ich próg. Wtedy pod jedną ze ścian zauważyłem jakieś ciało, lecz było odwrócone do mnie plecami, przez co nie zauważyłem twarzy postaci. Zacząłem coraz bardziej żałować, że zgodziłem się na tą podróż, a moje przerażenie wzmogło się, kiedy zwłoki poruszyły się lekko.
     - Ja pierdole – mruknąłem i zrobiłem krok do tyłu, jednak natrafiłem na drzwi, które same się zamknęły.
     Wtedy ciałem wstrząsnął dreszcz. Zaczęło poruszać się jak gąsienica, aż odwróciło się w moją stronę.
      Miało ogromne, dość dziwaczne ślepia. Zamiast białek, natrafiłem na niebieskie gałki oczne, brakowało również tęczówek i źrenic. Usta było mocno zaciśnięte, a kiedy lekko się uchyliły zrozumiałem, że były niemal zrośnięte. Na całej twarzy jedynie nos wydawał się normalny. Jeśli chodzi o włosy, to były całkowicie białe – nie siwe, ale białe, jak śnieg. Postaci brakowało także palców u rąk i stóp.
     - Ka… - mruknęła. – Ka…du….
     Zrozumiałem od razu, że kobieta, o ile można było ją tak nazwać, próbuje mi coś przekazać, jednak przeszkadzają jej w tym zaszyte usta i rany na całym ciele. Po jakimś czasie wskazała na swoje prawe oko, w którym zauważyłem błysk.
     - Ka….mień – wydukała w końcu. – O-ogień. Tu.
     Cały czas nie rozumiałem, co oko ma wspólnego z ogniem, a co dopiero z jakimś kamienie. W końcu męczennica westchnęła i wsunęła sobie palec pod powiekę. Odruchowo odwróciłem głowę, aby na to nie patrzeć, jednak ciekawość zwyciężyła. Kiedy ponownie odważyłem się spojrzeć przed siebie, o mało nie zwymiotowałem. Kobieta wyjęła sobie oko. Początkowo zzieleniałem i poczułem niestrawione jedzenie gromadzące mi się w gardle, lecz po jakimś czasie coś zaskoczyło mnie jeszcze bardziej.
     Spojrzałem na jej wyciągnięte w moją stronę, pozbawione palców, dłonie i zamarłem. Zamiast oka, trzymała w nich coś innego, bardziej błyszczącego. Miało kolor podobny do topazu; było równie niebieskie, a jednocześnie gładkie i błyszczące. Nie mogłem uwierzyć, że to mieściło się w oku tej kobieciny.
     - Kamień Ka….dwadu – wyjąkała i jeszcze bardzie wyciągnęła ręce w moją stronę. – Weź.
     Niepewnie podszedłem do niej, nadal nie rozumiejąc całej tej sytuacji. Powoli i ostrożnie chwyciłem Kamień, po czym schowałem go do kieszeni.
     Nagle wpadłem na pewien pomysł.
     - Czy wiesz, gdzie jest Księga? – zapytałem zaciekawiony dając jej do zrozumienia, że nie mam zbyt dużo czasu i spodziewam się szybkiej odpowiedzi.
     - On ją ma, trzyma w swoim pokoju.
     - Kim On jest? Gdzie jest pokój?
     Wyrzucałem z siebie pytania jak karabin maszynowy.
     - To mój pan – mruknęła, nieco wystraszona. – On jest zły, bardzo zły. Nie idź do niego, On cię zabiję. Ma Księgę, nie odda jej bez walki. Czeka na ciebie.
     - Gdzie On jest?!
     W tym właśnie momencie kobieta spojrzała na mnie przepraszająco, po czym odwróciła głowę w swoje lewo. Również tam popatrzyłem i właśnie wtedy, w kącie, zobaczyłem jakiś cień.
     Początkowo nie robiło to na mnie wielkiego wrażenia, jednak kiedy postać wyłoniła się z ciemności, stanęło mi serce. Był to mężczyzna (oczywiście, o ile można takie poorane ciało nazwać „mężczyzną”) nieco wyższy ode mnie, przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Jego kolor skóry przypominał ściany, z których odpadł tynk. Jego kończyny były nieco powykrzywiane, a sam patrzył na mnie nieco przekręconą głową. Był ubrany w białe ubranie, podobne do tego szpitalnego, a na jego nadgarstku miał coś w stylu bransoletki, które nosiły osoby uwięzione w zakładach psychiatrycznych.
     Spojrzał na mnie swoimi spokojnymi oczami z czerwonymi tęczówkami i uśmiechnął się szyderczo.
     - Wiedziałem, że przyjdziesz.
     Jego basowy głos sprawił, że po moim ciele przeszły dreszcze. Mimowolnie zrobiłem krok do tyłu, a kiedy stwór to zauważył, roześmiał się.
     - Nie bój się, nie mam zamiaru cię skrzywdzić – zapewnił mnie, po czym dodał ciszej: Przynajmniej na razie.
     Mierzyliśmy się wzrokiem kilka sekund, więc poczułem ulgę, kiedy to mój przeciwnik spuścił wzrok po raz pierwszy. Później popatrzył na kobietę, która skuliła się w kącie i cicho coś szemrała. Wsłuchałem się chwilę w jej szlochy i zaraz zrozumiałem, że to słowa błagania.
     - Wybacz Lucy, ale za dużo jej powiedziałaś. A tak cię lubiłem.
     Po tym stwierdzeniu podszedł do dziewczyny. Nawet jej nie dotknął, a mimo to zaczęła krzyczeć i skręcać się w agonii. Patrzyłem na to chwilę jak zahipnotyzowany, a kiedy zrozumiałem co się dzieję, wybiegłem z pokoju, kierując się gdziekolwiek, byle przed siebie.
     DRUGIE PIĘTRO, POKÓJ DWIEŚCIE TRZYNAŚCIE.
     Ten głos zabrzmiał w mojej głowie zaraz wtedy, kiedy znalazłem się na korytarzu. Zauważyłem, że był identyczny, jak głos tej męczennicy, z którą tą psychol nie wiadomo co zrobił. Nie miałem innego wyjścia jak sprawdzić, co znajduję się w tamtym pomieszczeniu.
     Wbiegłem po schodach na piętro wyżej i zdenerwowany zacząłem szukać wskazanego pomieszczenia. Dwieście trzy…….dwieście pięć……dwieście dziesięć…..Jest! Dwieście trzynaście. Wpadłem do sali jak oparzony, szczelnie zamykając za sobą drzwi. Bardzo zaskoczyło mnie to, że nie było tu niczego nadzwyczajnego, zwykłe biuro i jakieś półki.
     PÓŁKI, PRZESZUKAJ JE.
     Mnie samego to zaskoczyło, ale posłuchałem tego chorego głosu w mojej głowie i zacząłem przeczesywać sterty książek w poszukiwaniu sam nawet nie wiedziałem czego. Mój oddech był mocno przyspieszony, a serce łopotało jak spłoszony ptak. Co chwilkę spoglądałem w stronę drzwi bojąc się, że zaraz zobaczę w nich tamtego mężczyznę. Ta myśl przerażała mnie do tego stopnia, że kolejne tomy zwalałem na ziemię w jeszcze szybszym tempie.
     Jakież było moje zaskoczenie, kiedy moja dłoń spoczęła na grubej, złotej księdze, która pod moim dotykiem zalśniła. Niepewnie i delikatnie chwyciłem ją w swoje dłonie. Byłem pewien. To właśnie tej Księgi szukałem, to ona zależała do Naomi. Pogładziłem drżącą ręką jej okładkę i właśnie w tym momencie ktoś zaczął dobijać się do drzwi.
     - Cholera, właśnie w takim momencie! – krzyknąłem, dodając jeszcze do tego kilka przekleństw, w których, między innymi, wyzywałem matkę potwora oraz jego samego.
     KSIĘGA, STRONA STO TRZYDZIEŚCI PIĘĆ.
     Posłuchałem tego głosu w mojej głowie, który, mimo swojej pomocy, bardzo mnie drażnił. Zacząłem szybko przewracać kolejne stronnice bojąc się, że zjawa w każdej chwili może wpaść do pokoju i pozostawić po mnie tylko puste wspomnienia. Po za tym, przez moją ignorancję i egoizm, nawet nie miał kto za mną tęsknić i miło mnie wspominać.
     - Zaklęcie życia? – zdziwiłem się, znajdując wreszcie pożądaną przeze mnie stronę. – Zaklęcie pozwalające wrócić do świata żywych podczas: bycia w innym wymiarze, przeniesieniu do przyszłości lub przeszłości, podróżach w czasie i przestrzeni…..
     Właśnie w tamtym momencie zrozumiałem o co chodzi. Początkowo zacząłem się obawiać, że nie wydostanę się stąd bez pomocy, ale, jak widać, służyło do tego odpowiednie zaklęcie. Żałowałem, że nie było w tym tak łatwo, jak z przeniesieniem się do TEGO miejsca.
     Tekst zaklęcia był po łacinie, dlatego bez problemu można by wyobrazić sobie mój załamany wyraz twarzy, kiedy to zrozumiałem. Nie dość, że nie rozumiałem co one znaczą, to jeszcze miałem problem w choćby wypowiedzeniem tych słów. Podchodziłem do tej próby kilkakrotnie, a czasu zostawało coraz mniej. W końcu jakoś wziąłem się za siebie i powoli, dokładnie, przeczytałem całe zdanie. Ku mojemu zdziwieniu udało się, bo już chwilę później znalazłem się w brudnym, nieoświetlonym salonie z Księgą w rękach.
     - Nathan? – zapytała ciemnowłosa, znajdując się tuż naprzeciw mojej twarzy. – Nic ci nie jest? Jesteś cały?
     - Wszystko w porządku – odpowiedziałem z triumfalnym uśmiechem na ustach. – Proszę, oto Księga. Nie było łatwo, ale jakoś się udało. Te wszystkie postacie rodem z horrorów zaczynają mnie coraz bardziej przerażać, a ja mam do was większy respekt, że tak długo zdołaliście wytrzymać ze swoimi zdolnościami. Szacun, ziom.
     Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie, po raz pierwszy tak prawdziwie i radośnie. Poklepała mnie po policzku jak małe dziecko, po czym usiadła obok mnie i zaczęła dokładnie studiować stos kartek.
     - Rada cię szuka – mruknął nagle chłopak, ziewając.
     - Co takiego?!
     - Nie było cię dobrych kilka godzin, także postanowiłem się zdrzemnąć – zaczął.
     Spojrzałem na okno. Rzeczywiście, zaczynało już świtać. Skoro zaczęliśmy nasz sabat około północy, to nieźle musiałem tam zabalować.
     - Można powiedzieć, że należę do Rady, także często się ze mną kontaktują. Tym razem było to przez sen. Powiedzieli, że nie mogli ci wszystkiego wytłumaczyć, bo ktoś usilnie próbował zrobić wszystko, żebyśmy nie dowiedzieli się, kto jest spowiednikiem. Najwyraźniej nadal działa ta moc, bo nic nie wyczuwają, ale w moich wspomnieniach zauważyli, że mamy z tobą do czynienia. Ustalili, że dzisiaj, dokładnie w południe, mamy zjawić się w twoim domu, będą tam na nas czekać.
     - Nareszcie się czegoś dowiem, bo ta niewiedza mnie kompletnie przytłacza – westchnąłem.
     Nagle przypomniałem sobie coś, co nie cierpiało zwłoki.
     - Właśnie! – krzyknąłem i sięgnąłem do kieszeni dżinsów. Wyjąłem z niej mały, niebieski kamyczek. – Jakaś laska….Nie no, dobra, w tym określeniem przesadziłem. Jakieś coś dało mi to. Co dziwniejsze, wyjęło to we swojego oczodołu.
     Na samo wspomnienie tego wydarzenia zrobiłem skwaszoną minę.
     Dziewczyna, zaintrygowana rzeczą, wzięła ode mnie kawałeczek topazo-podobnego kamyczka i zaczęła dokładnie się mu przyglądać. Od razu z ulgą wytarłem ręce o tapczan. Dziwiło mnie to, że mimo tego, że wiedziała gdzie znajdowało się moje znalezisko, zanim trafiło w moje ręce, bez najmniejszych skrupułów wzięła je do ręki. Mnie, faceta, to brzydziło, a co dopiero jakąś niebieskooką brunetką. Nie, żebym ją dyskryminował, broń Boże, ale każda dziewczyna jaką znam, nawet by na to nie popatrzyła.
     Naomi chwilkę przyglądała się kamieniowi, po czym na jej twarz wpełzło zdziwienie, a nawet, powiedziałbym, zaskoczenie.
     - No – pośpieszyłem ją. – Podzielisz się z nami wiadomością, co to właściwie jest? Nie żeby mnie to jakoś specjalnie interesowało, ale przez twoją reakcję jestem tym faktem bardzo zaintrygowany.
     - Chłopaki, nie uwierzycie – odezwała się w końcu z uśmiechem triumfu. – To pierwsza część kamienia.

wtorek, 14 lipca 2015

Rozdział 10 Spotkanie z ojcem

      Feniks najwidoczniej usłyszał mój głos, gdyż momentalnie spojrzał w moją stronę. Ryknął cicho i śmieszne przekręcił uszy sprawiając, że miło się na niego patrzyło. Podbiegłem do niego, a ten natychmiast skoczył na mnie i zaczął szturchać mnie dziobem.
     - Dobra, dobra, uspokój się – zaśmiałem się. – Gdzie podziałeś Thomasa?
     Gdy zwierzę tylko usłyszało imię chłopaka, odsunęło się ode mnie i spojrzało na mnie spode łba. Oznaczało to, że albo nie żył, albo po prostu nie miał pojęcia o miejscu, w jakim znajduje się Thom. Zostawiłem go w tamtym pokoju kompletnie pijanego, więc nie wiadomo co takiemu mogło mu odbić. W każdej chwili mógł wyjść na zewnątrz, a przecież kompletnie zalany nie miał szans z zombie czy demonami.
     - Co to jest? – zapytała dziewczyna i niepewnie wskazała na ptaka.
     - Buru, feniks czyli płonący ptak – odrzekłem i złapałem Naomi za rękę, którą zaraz położyłem na dziobie zwierzęcia. – Spokojnie, nie musisz się go bać. Jest przyjazny w stosunku do ludzi, gorzej mają demony.
     - Albo żywe trupy.
     - Nie – zaprzeczyłem i na znak tego pokręciłem głową. – Zombie już nie ma, zniknęły prawdopodobnie już pierwszego dnia. Ich zadaniem było jedynie oczyszczenie planety z ludzi, jak widać poradziły sobie z tym doskonale nie licząc tego, że w bunkrze żyje kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Oni nie mają o tym pojęcia, pewnie uważają, ze udało się przeżyć tylko nielicznym.
     - W pewnym sensie tak jest – powiedział Cole i wzruszył ramionami. – Kiedyż żyły tu miliony ludzi, teraz tylko garstka.
     Można powiedzieć, że chłopak miał rację. Już nie byliśmy władcami świata tak, jak kiedyś. Teraz byliśmy jak robaki; musieliśmy się ukrywać w podziemiach aby mieć jakąkolwiek szansę przeżycia. Demony już wygrały, ale ludzie nie mieli o tym pojęcia. Woleli ukrywać się niż walczyć.
     Kiedyś, wracając ze szkoły, uświadomiłem sobie jacy jesteśmy. Idąc chodnikiem zauważyłem bramę wejściową parku, która zajmowała całą szerokość chodnika. Ominąłem ją, przechodząc trawnikiem, i wtedy zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy; ludzie, zamiast pokonując przeszkody, iść im na przekór, wolą je omijać z daleka. Tak właśnie jest i teraz. Wolimy się ukrywać i przeczekać wszystko, ustąpił złu, zamiast walczyć o coś, co należy do nas. Kiedy idziemy ulicą i na naszej drodze staje dwóch karków nie walczymy z nimi, lecz próbujemy ich wyminąć. Jeśli nawet w trakcie takiego prostego wydarzenia wolimy czemuś ustąpić, to nie mamy szans z siłami nadprzyrodzonymi.
     - Dobra, jaki jest plan? – zapytała w końcu Naomi.
     - Buru podrzuci nas do twojego domu, dobra?
     - A uniesie nas wszystkich?
     - Też racja – westchnąłem i zacząłem zastanawiać się, jak inaczej we trójkę dostaniemy się do domu po za miastem. – Dobra, później to wszystko dokładnie obmyślimy. Teraz załatwmy jakąś broń, a później najwyżej znajdziemy jakieś auto. Jakoś się tam dostaniemy, musimy.
     Oboje popatrzyli po sobie, po czym kiwnęli głowami. Odwróciłem się i ruszyłem w stronę wyjścia. Para, niepewnie, ale zrobiła to samo. Widziałem, że mi nie ufali. Nie byli pewni, czy mam dobre intencje, w końcu nie udowodniłem im swojej mocy. Właściwie to sam nie rozumiałem, dlaczego darzyli mnie taką niepewnością. Ja jednak zrozumiałem jak potężną moc posiadam dopiero dzisiaj, więc nie mogłem wiedzieć, co wewnętrznie przeżywali oni. Osoby, które już od długiego czasu widziały o wiele więcej, niż przeciętny Kowalski.
     Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, rozkazałem Buru, żeby patrolował okolicę z góry. Ten na znak zgody warknął coś nieartykułowanego i wzbił się w powietrze. Ja popatrzyłem na dziewczynę, a ona od razu zrozumiała co mam na myśli. Ruszyła naprzód i zaprowadziła nas do sklepu w bronią, znajdującego się niecałe pół mili dalej.
     Zaczęliśmy przeczesywać cały sklep. Najwyraźniej w czasie ataku zombie nie tylko my pomyśleliśmy o broni. Budynek był całkowicie zrujnowany. Dopiero po dokładnym przeglądnięciu wszystkich kątów pomieszczenia głównego i zaplecza, udało nam się znaleźć dwa plecaki, cztery pistolety maszynowe UD42 z magazynkiem pudełkowym, mieszczącym dwadzieścia naboi, kilka granatów ręcznych i naboje. Były jeszcze karabiny maszynowe czy zwykłe pistolety, ale one mnie nie interesowały. Granaty i naboje podzieliłem równo i wrzuciłem do dwóch plecaków. Pistolety dałem i Naomi, i Cole’owi, udzielając im krótką lekcję, jak obchodzić się z bronią. Wiedziałem, że nie bardzo rozumieli o co chodzi, ale byłem pewien na podstawie własnego przykładu, że w końcu wszystko zapamiętają. Po za tym to było tylko na wszelki wypadek; ja chciałem jedynie zdobyć Księgę, potem mieliśmy się rozdzielić.
     - I gdzie ty chcesz znaleźć jakiś samochód z kluczykiem w stacyjce? – zapytał szatyn, kiedy wyszliśmy z budynku.
     - A co ty jesteś takim pesymistą? Na pewno jakiś się znajdzie, musisz mieć nadzieję – odpowiedziałem.
     - Straciłem nadzieję z dniem, kiedy nasz świat pogrążył się w chaosie, a tysiące ludzi umierało na moich oczach.
     Umilkłem. Wolałem nie ciągnąć dłużej tego tematu tylko ruszyć dalej w poszukiwaniu jakiegoś środku transportu. W końcu chciałem jak najszybciej to skończyć, bo mimo wszystko Cole i Naomi mnie spowolniali. Niby dawałem tej dziewczynie jakąś nadzieję, że z jej pomocą uda nam się wszystko odwrócić, ale nie mówiłem poważnie. Wiedziałem, że nie zdoła przeżyć choćby jednego dnia na powierzchni, nawet ja ledwo dawałem sobie radę. Umiałem przetrwać tylko dzięki pomocy Thomasa. Teraz robiłem sobie jedynie nadzieję.
     Kilka przecznic dalej znaleźliśmy pojazd na chodzie. O dziwo, w czasie całej wędrówki nikt nas nie atakował; całą drogę pokonaliśmy w spokoju. Podejrzewałem coś, bo w końcu demony nie mogły tak nagle zniknąć i odpuścić. Obawiałem się, że mogą nas obserwować z ukrycia i zaatakować  w najgorszym dla nas momencie. Może po prostu chcieli, żebyśmy doprowadzili ich do Księgi, a później bylibyśmy już po prostu niczym niepotrzebnymi istotami ludzkimi. W końcu to postacie nadnaturalne, z takimi nic nie wiadomo.
     Ustaliśmy, że to Cole będzie kierować. Mimo wszystko to on znał drogę, także nie miałem zamiaru się z nim wykłócać o to, kto zasiądzie za kierownicą. Zresztą przecież nie to było wtedy ważne, ludzie byli zmuszeni do innego toku myślenia. Zamiast wykłócać się o mało ważne rzeczy, musieli dochodzić do konsensusu. Tak właśnie było i tym razem, dzięki czemu szybko dojechaliśmy do domu zielonookiej. Znajdował się kilka kilometrów za miastem, także dostaliśmy się tam w kilkanaście minut. Od razu szybko wysiedliśmy z auta i wbiegliśmy do mieszkania. Ja jeszcze dokładnie rozglądnąłem się po okolicy, upewniłem się, że Buru przyleciał za nami i ruszyłem za resztą.
     Co mnie bardzo zdziwiło, dom był w dość dobrym stanie. Jedynie jakieś drobiazgi porozrzucane były po podłodze, jednak nic więcej nie rzuciło mi się w oczy. Gorzej było, jeśli chodzi o pokój dziewczyny. Połamane meble, porozrzucane książki i plamy krwi na podłodze. Ja, chodząc z latarką z powodu braku prądu i nocy panującej za oknem, przeglądałem wszystkie kąty w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Para w tym samym czasie przeczesywała stosy książek w poszukiwaniu tej pożądanej przez nas. Chciałem im pomóc, ale nawet nie wiedziałem jak wygląda Księga, wolałem po prostu stać na uboczu i nie przeszkadzać.
     - Kurwa, zabrali ją! – przeklął w końcu Cole, rzucając jednym z tomów o podłogę. – Można było się tego domyślić, skurwysyny domyśliły się, że po nią wrócimy!
     Chcieliśmy już wychodzić z pokoju, kiedy zauważyłem czarne, lepkie ślady prowadzące do łazienki dziewczyny. Momentalnie pokazałem to reszcie i postanowiłem tam zaglądnąć. Z specjalnego paska przypiętego do spodni wyjąłem pistolet, a latarkę przełożyłem do lewej ręki. Pchnąłem drzwi i zauważyłem, że ślady prowadzą wprost do wanny, którą osłaniał czarny materiał. Wziąłem głęboki wdech i podszedłem tam z drżącymi rękami i mocno bijącym sercem. Krew w żyłach pulsowała mi do tego stopnia, że prawie rozsadzała mi głowę i resztę ciała. W końcu jednak wziąłem się na odwagę i odsunąłem zasłonę.
     Jakież było moje zdziwienie, kiedy nie zobaczyłem nic, prócz odbić stóp na dnie wanny. Coś mi nie pasowało w tym wszystkich, ponieważ były tu ślady prowadzące do łazienki, jednak nie było tych powrotnych. Przełknąłem wielką gulę uniemożliwiającą mi oddychanie i zacząłem sunąć strumień światła w górę, wzdłuż ściany. Nagle, w samym rogu, natrafiłem na parę czerwonych ślepi wpatrujących się we mnie. Te podarte łachy, czarna skóra i mina wyrażająca krzyk rozpaczy zszokowały mnie do tego stopnia, że nie mogłem się ruszyć.
     Potwór mnie wyprzedził. Rzucił się na mnie ze swoimi obślizgłymi łapami i prawie wywrócił na ziemię. Udało mi się jakimś cudem zrobić unik i jedynie zahaczyć o jego ciało. Wtedy od razu wybiegłem z pomieszczenia i wróciłem szybkim sprintem do auta wraz z moimi towarzyszami. Wsiedliśmy do pojazdu i odjechaliśmy z piskiem opon. Odwróciłem się jeszcze i upewniłem czy stwór nie zbiegł za nami, lecz na moje szczęście został w budynku.
     - Co to, kurna, było! – krzyknąłem, oddychając szybko i próbując uspokoić rozszalałe serce.
     Przyglądnąłem się Naomi siedzącej na miejscu obok kierowcy i zauważyłem, że ona coś wie. Miała smutną, zszokowaną minę i co jakiś czas wymieniała spojrzenia z Cole’m. Przez te kilkadziesiąt sekund siedziałem cicho, jednak nie wytrzymałem długo i zacząłem ich ponaglać, aby wytłumaczyli mi to całe zdarzenie, które zaszło w mieszkaniu czarnowłosej.
     - Ja wiem kto to był – zaczęła, przełykając ślinę. – To mój ojciec.
     - C-co? Jak to ojciec?! – zapytałem kompletnie zaskoczony.
     - Możesz uważać, że wszystkie zombie już zniknęły, jednak mylisz się. Ci, którzy zostali ugryzieni, zostali. Jest ich bardzo niewiele, bo żywe trupy raczej od razu zjadały lub zabijały, a nie infekowały. Najwyraźniej ten, co zaraził mojego, był albo syty albo po prostu dostał w głowę zanim zdążył zrobić coś więcej.
     - Ale w takim razie gdzie może być Księga? Kto ją zabrał i gdzie? Musimy ją znaleźć!
     - „My”? – zapytał Cole i prychnął. – Przecież wiem, że chciałeś się nas pozbyć, bo byliśmy ci potrzebni tylko do odnalezienia Księgi.
     - Co? Nie! – skłamałem. – Nie wiem o czym mówisz.
     - Nie udawaj głupiego – naskoczył na mnie i spiorunował wzrokiem. – Dobrze wiem, że chciałeś jedynie zdobyć Księgę, nie byliśmy ci do niczego więcej potrzebni. Niestety muszę się zawieść, ale sam nie pokonasz demonów, do tego potrzeba jest ci pomoc pogromczyni. Po za tym Księga nie jest twoja, także czy tego chcesz czy nie, jesteś na nas skazany.
     Westchnąłem głęboko rozumiejąc, że szatyn mnie przejrzał. To prawa, że chciałem sam wszystko załatwić, a było kilku powodów. Po pierwsze nie chciałem się z nikim użerać, samemu było mi o wiele łatwiej przemieszczać się i bronić. Po za tym wolałem sam wszystko załatwić, wtedy wszystkie laury przypisano by mi. Ale wierząc słowom chłopaka, musiałem odpuścić i liczyć się z ich zdaniem.
     - Dobra – westchnąłem. – Niech wam będzie. Pomogę wam, o ile powiecie mi wszystko co wiecie o tym zaklęciu.
     Momentalnie w moją stronę odwróciła się Naomi, siedząca obok miejsca kierowcy.
     - Zaklęcie lustra. Pozwala pozbyć się demonów z świata ludzi, jeśli zachodzi taka potrzeba. Niestety, potrzebny jest do tego Kamień Kadwadu. Kilkaset lat temu został podzielony na pięć części, które ukryte zostały w różnych miejscach na świecie. W Księdze napisane są zagadki pozwalające je znaleźć, tak więc koniec końców bez niej nic nie zdziałamy.
     - To zaczyna być coraz bardziej skomplikowane, niż myślałem na początku – przyznałem.
Z początku wszystko wydawało mi się nadzwyczaj łatwe. Myślałem, że znalezienie Księgi i wypowiedzenie zaklęcia załatwi wszystko, kiedy tak naprawdę rzeczywistość była o wiele lepiej zaplanowana. Zacząłem żałować, że pozwoliłem, aby wciągnięto mnie do tej irracjonalnej przygody, ale nie miałem zamiaru przez resztę życia siedzieć pod ziemią z założonymi rękami i czekać, aż sprawa sama się załatwi, lub po prostu poddać się. Zawsze dążyłem do celu i tym razem także miałem zamiar to zrobić.
     Nagle wpadłem na pewien pomysł.
     - Naomi – mruknąłem, po czym ciemnowłosa spojrzała na mnie z zainteresowaniem. – Słyszałaś kiedyś o przenoszeniu rzeczy w czasie i przestrzeni?
     Dziewczyna pokiwała przecząco głową, lecz zaraz do naszej rozmowy dołączył się Cole, do tej pory zbyt pochłonięty drogą.
     - Niektóre osoby to potrafią, choć początkowo przytrafia im się to tylko przypadkowo, najczęściej przez sen. Zazwyczaj ten dar mają wampiry, syreny, spowiednik….Zaraz, czy ty myślisz o tym samym co ja? – zapytał, marszcząc czoło. Kiwnąłem głową, uśmiechając się półgębkiem.
     - Chcę przenieść Księgę do nas, niestety nie wiem jak to zrobić. Musicie mi pomóc. Kiedyś udało mi się przez sen przetransportować kartkę z zaklęciem z Księgi, ale sam nie rozumiałem jak to się stało. Teraz mamy szansę zrobić to samo, o ile mi pomożecie.
      - Wiem, jak to się robi, także na mnie możesz liczyć – powiedział szatyn i po raz pierwszy, odkąd się w ogóle poznaliśmy, uśmiechnął się lekko.


----------------------------------------------------------------------------

Joł wszystkim ;)
Na samym początku chciałam serdecznie przeprosić za to, że nie dawałam znaku życia. Sama nawet nie wiem jak mam to wytłumaczyć, ale ma nadzieję, ze był to ostatni raz. W ciągu ostatniego tygodnia wzięłam się nieźle za siebie i jak na razie mam napisane trzy rozdziały do przodu, także miejmy nadzieję, że nie będzie tak źle xd
Jeśli chodzi o powody mojej nieobecności....Sama nie wiem, na prawdę xd Dostałam jakiegoś bzika na punkcie sami "Zmierzch" i czytałam to i oglądałam całymi dniami xd Jeszcze wcześniej była sprawa z takim kolesiem, ale co wam będę to tłumaczyć. W każdym razie wróciłam i bardzo przepraszam.
Chciałam również powiedzieć, że jeśli ktoś dodał rozdział, a nie ma tam mojego komentarza, to mimo wszystko może być pewny, że przeczytałam, jednak nie zostawiłam po tym żadnego śladu xd
Mam nadzieję, że nie macie mi tego wszystkiego za złe xd Pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam ;)

środa, 10 czerwca 2015

Rozdział 9 Ucieczka

          Nie mogłem uwierzyć w to, co się działo. Tak naprawdę istniały osoby, które były w podobnej sytuacji co ja. Również posiadały jakieś moce, dary. Były kimś o wiele ważniejszym niż zwykły człowiek, choć mogły sprawiać takie właśnie wrażenie. Po raz pierwszy od jakiegoś czasu zrozumiałem, że nie jestem sam. Musiałem tylko podejść do nich i powiedzieć o tym, kim jestem i że mogą mi zaufać.
          Rozglądnąłem się. O tej porze nie było już tak wiele ludzi, teraz większość siedziała w swoich pokojach, a przechadzki po „domu handlowym” urządzili sobie jeszcze rano. To mi mogło wyjść oczywiście tylko na dobre, więc wstałem i szybkim krokiem skierowałem się w stronę pary.
          - Wiem, kim jesteście, musimy pogadać – powiedziałem szybko, ale odpowiedziały mi tylko ich zdziwione, a zarazem wystraszone miny. – Idźcie kilka metrów za mną, potrzebujemy spokojnego miejsca.
          Chwilę po tym skierowałem się w stronę tunelu. Nie oglądałem się za siebie, miałem tylko nadzieję, że idą za mną i od nich będę mógł dowiedzieć się o płożeniu Księgi. Po za tym w końcu to z Księgi tej dziewczyny wyrwałem kartkę z zaklęciem, musiała nadal być w jej domu. Jeśli nie, to może ona wiedziała coś o spowiednikach, w końcu posiadaczka takiej rzeczy musiała być kimś ważnym.
          Kiedy tylko zniknąłem w przestrzeni tunelu i nikt z obecnych w holu nie mógł mnie zobaczyć, stanął i odwróciłem się. Ulżyło mi, gdy zobaczyłem tę parę zmierzającą w moją stronę. Na twarzy szatyna widziałem strach, jednak kiedy tylko znalazł się tuż naprzeciwko mnie, jego mina stała się oschła i podejrzliwa.
          - Kim ty, do cholery, jesteś? – zapytał.
          - Poznajecie? – zapytałem i pokazałem im bliznę na moim nadgarstku. Chłopak spojrzał na mnie jak na wariata, nie wiedząc o co chodzi, jednak na twarzy dziewczyny pojawiło się zdziwienie.
          - Jesteś spowiednikiem? – zapytała, na co kiwnąłem głową. – Skąd wiesz, kim jesteśmy?
          - Właściwie to nie wiem, zobaczyłem jedynie jak czarujesz, więc musiałem z wami porozmawiać – wzruszyłem ramionami. – Pamiętasz tą sytuację, kiedy nić dentystyczna zaszyła ci usta? – spytałem. Dziewczyna zastanowiła się chwilę, jednak po kilku sekundach skinęła głową. – To ja stałem wtedy za tobą, lecz to nie moja wina. Sam nie wiem dlaczego to wszystko się stało, tak naprawdę to było jak sen. Widziałem nawet u ciebie tą Księgę, muszę ją zdobyć.
          - Najpierw trzeba się stąd wydostać. Na powierzchni za to musielibyśmy zdobyć jakiś środek komunikacji, mieszkam kilka kilometrów za miastem – westchnęła. – O ile Księga nadal tam jest.
          - Zmieniając temat, to kim wy jesteście? Czarownikami?
          - W pewnym sensie – zaczęła ciemnowłosa. – On jest łowcą, takim moim „ochroniarzem”, a ja jestem Cailie i…i to ja jestem winna całej tej apokalipsy. Ja i mój egoizm. Ale to zbyt długa historia.
          - Rozumiem – kiwnąłem głową. – W każdym razie musimy się stąd wydostać. Dowiedziałem się o tym, że jestem spowiednikiem kilka godzin temu, także nie mam pojęcia co mam robić. Mogę powstrzymać demony z twoją pomocą – tutaj popatrzyłem na dziewczynę. – Ale nie wiedząc co robić nic nie zdziałamy.
          - Tyle, że strażnicy pilnują włazu wejściowego całą dobę, a przecież ich nie zabijemy – wtrącił się chłopak.
          - Spoko, o to się nie martwcie. Wystarczą dwie szmatki, trochę chloroformu i sprawa załatwiona. Gorzej, jeśli chodzi o broń, bo na powierzchni nie jest zbyt bezpiecznie.
          - Niedaleko bunkra jest sklep z bronią, tam możemy załatwić wszystko – mruknęła jasnooka.
          - Dobra, w takim razie wszystko ustalone. Spotkajmy się tutaj o dziewiątej, wtedy nie będzie tu nikogo. Weźcie najpotrzebniejsze rzeczy, żadnego prowiantu ani nic, wszystko załatwimy na górze.

 

 

 
          Leżałem na łóżku, wyczekując tak upragnionej przeze mnie godziny. Na reszcie znalazłem kogoś, komu mógłbym zaufać jeśli chodzi o sprawę z moim powołaniem. Cailie mogłaby również pomóc mi w powstrzymaniu demonów. Ona pilnuje, aby żaden z nich nie przedostał się do nas, a ja jestem od czarnej roboty; muszę je powstrzymywać w czasie nieuniknionej apokalipsy. Ona miała także Księgę, która mogła wiele wyjaśnić i rozjaśnić mi kilka niezrozumiałych dla mnie wątków. To mogło mi wyjść tylko na dobre, może w czasie wyprawy spotkałbym Thomasa.
          Nadal czułem do niego niechęć, jednak nie była to już złość taka, jak wcześniej. Emocje trochę opadły w ciągu tych dwóch dni, także teraz chciałem go znaleźć. On bardziej znał się na tych wszystkich demonach, także przy nim byłem nieco bezpieczniejszy i czułem się raźniej przy osobie, która wie co robi. Jedynym minusem był jego egoizm, ale w tym wyniszczonym świecie tylko egoiści mają jakiekolwiek szanse na dalsze życie.
         Niestety, ale to prawda. Świat został tak stworzony. Kiedy wszystko idzie do myśli ludzi, to starają się pomagać, kochać. Lecz jeśli świat zostaje zniszczony, każdy zamienia się w dzikie zwierzę walcząc o przetrwanie. Biegnie do celu i nie pomaga tym potrzebującym pomocy. Widzi ich śmierć, ale instynkt przetrwania nie pozwala się zatrzymać. Nie czuje litości, a kiedy nadchodzą wyrzuty sumienia, tłumaczy to sobie tak, że nie miał wyjścia i musiał się ratować. Wtedy obiecuje sobie, że już więcej tak nie postąpi, ale kiedy ma szanse to udowodnić, postępuje tak samo jak poprzednio; inni go nie obchodzą, musi przeżyć jedynie on. Kieruje nim megalomania; poczucie własnej wartości które sprawia, że ceni swoje życie o wiele wyżej, niż swoich bliźnich.
          Nie można tego zmienić. Jedynym sposobem jest uniknięcie tego, jednak ludzka chciwość nie zna granic. To ona sprawia, że brat zażyna brata. Przez nią Hitler rozpętał Drugą Wojnę Światową; chciał nieograniczonej władzy, do której posunąć go mogła tylko chciwość. Gdyby ona nie istniała, świat byłby lepszy, jednak nawet teraz, kiedy ludzie znaleźli się w takiej sytuacji, są w stanie zabić własną matkę, aby tylko zdobyć pożywienie. Lud się zażyna, a kilka pięter niżej politycy opychają się klopsami, opasłe grubasy. Inni głodują, ale ich to nie obchodzi, przecież oni mają co jeść, to jest dla nich najważniejsze.
          Ogólnie mówiąc żałowałem, że świat tak wygląda, a ja nie jestem w stanie go zmienić. Zawsze i wszędzie królowała chciwość; Poncjusz Piłat zabił Jezusa z powodu władzy, mityczny Romulus zabił Remusa, aby samodzielnie rządzić, w średniowieczu rycerze się zabijali dla swojego króla, który chciwie chciał powiększyć swoje terytorium. Ludzie schodzą na psy, a z każdym dniem jest coraz gorzej. Tak naprawdę już nie istniejemy, ludzi nie ma, są tylko niemyślące potwory, które wykańczają siebie nawzajem.
          Gdy tylko wybiła godzina ósma trzydzieści, mojego ojca jeszcze nie było. Uprzedził, ze mają jakąś naradę, prze którą wróci najwcześniej o dziewiątej. Całe szczęście wtedy miało już mnie nie być, także nawet nie miał prawa wiedzieć, kiedy dokładnie zniknąłem. Spokojnie przeglądnąłem wszystkie jego szafki, dzięki czemu znalazłem flakonik chloroformu. Uśmiechnąłem się sam do siebie i schowałem go do kieszeni dresów. Wyjąłem jeszcze jakąś niepotrzebną szmatkę, którą przerwałem na pół i wyszedłem z pokoju, kierując się na górę.
          - Ej, młody, a ty gdzie się wybierasz? – zatrzymał mnie jeden ze strażników na drugim piętrze. Wcześniejsze posterunki ominąłem niezauważony lub przynajmniej nie zwracano na mnie uwagi, jednak teraz byłem zmuszony do odwrócenia się za siebie.
          - Muszę iść do kumpla – improwizowałem. – Mam do niego pewną sprawę.
          - Dobra, ale wracaj zaraz, wychodzenie o tej godzinie jest zabronione, śmigaj.
          Kiwnąłem tylko głową na znak zrozumienia i w szybkim tempie pokonałem schody, który zostały mi do tunelu. Gdy się w nim znalazłem, przeszedłem jeszcze kilka kroków aby nie zwracać niczyjej uwagi i usiadłem z boku. Od razu popatrzyłem na zegarek na mojej ręce, który wskazywał godzinę ósmą pięćdziesiąt, co oznaczało jeszcze dziesięć minut czekania.
          Przez ten wolny czas postanowiłem dokładnie obmyślić wszystko, co miałem zamiar zrobić podczas wydostania się z bunkra. Gdybym był sam, pewnie musiałbym zabić strażników, jednak dzięki pomocy tego chłopaka wystarczyło ich jedynie uśpić chloroformem.
          Posiedziałem jeszcze chwilkę, póki nie zobaczyłem, że w oddali ktoś zmierza w moją stronę. Wstałem i zaraz rozpoznałem te dwie znajome sylwetki. Westchnąłem, bo już zacząłem obawiać się, że się rozmyślili.
          - Idziemy? – zapytałem, kiedy tylko stanęli naprzeciwko mnie. – Po drodze wam wszystko wyjaśnię.
          - Jasne, chodźmy.
          - Najpierw pytanie, czy wiecie co to chloroform – zacząłem, jednak widząc pytające spojrzenie chłopaka, westchnąłem. – To jaki związek chemiczny, wykorzystywany kiedyś do narkozy. Często pojawia się w różnych filmach. Należy namoczyć w nim szmatkę, przyłożyć do czyichś ust i poczekać kilka sekund. Po takim czasie wybrana osoba traci przytomność, zasypia. W podobny sposób pozbędziemy się strażników, będziesz jednak musiał mi pomóc.
          - No dobra, ale co później? Umiesz otworzyć śluzę?
          - Nie wiem, spróbujemy. Jeśli uda nam się w tym samym czasie uśpić strażników, to nie zobaczą naszych twarzy, także w razie jakichkolwiek komplikacji trudno będzie nas znaleźć. Nie licząc tego typa, który przyłapał mnie na drugim piętrze.
          Resztę drogi przeszliśmy w ciszy. Jedynie ta parka co jakiś czas szeptała coś do siebie, lecz ja się nie wtrącałem. Rozumiałem, że mieli swoje prywatne sprawy, nie miałem zamiaru się w to mieszać. Usłyszałem jedynie jedno zdanie, w którym obwiniała się o całą apokalipsę. Byłem bardzo ciekawy, jak to właściwie się stało, że wciągu jednego dnia cały świat pogrążył się w strachu i chaosie, ale nie miałem zamiaru dopytywać. Jeżeli nie chcieli mi nic mówić, to nie naciskałem. Oni mają swoje sprawy, ja swoje.
          - Powiedz mi – zaczęła szatynka, zwracając się do mnie. – Co masz zamiar zrobić, kiedy zyskasz Księgę?
          To pytanie nieco mnie zaskoczyło, ale wydało się również sensowne. O tym nie pomyślałem. W końcu co mi z tego, że dowiem się czegoś o spowiedniku, kiedy tak naprawdę jestem niedoświadczonym gówniarzem.
          - Nie mam pojęcia – przyznałem zgodnie z prawdą. – Z tego co wiem, to Rada Starszych powinna powiadomić mnie o moim przeznaczeniu jeszcze trzy lata temu, ale jak widać coś musiało ich powstrzymać. Wiesz, jak się z nimi skontaktować?
          Zapytałem i spojrzałem na nią, jednak ona wymieniła się z chłopakiem spojrzeniami. Widać wiedzieli coś na ten temat, ale nie byli pewni czy mi mówić. Przez kilak sekund zachowywałem spokój i czekałem spokojnie na ich ruch, lecz po jakimś czasie zacząłem tracić cierpliwość i nerwowo wciągnąłem powietrze.
          - Musiałbyś się zabić – mruknęła niepewnie. Spojrzałem na nią przerażony. – Spokojnie, może w Księdze będzie inne wyjście. W każdym razie ja byłam martwa trzy razy i właśnie przez to sprowadziłam demony na nasz świat.
          - Właśnie, jak to się w ogóle stało? – zapytałem, nie wytrzymując z ciekawością zżerająco mnie od środka. – O ile chcecie w ogóle o tym mówić, nie namawiam.
          - Nie, spoko – uspokoiła mnie. – Po prostu...Zabiłam się, żeby porozmawiać z Radą na pewien temat. Niestety w czasie mojej kilkuminutowej nieobecności demony zdarzyły przedostać się na drugą stronę. Przez swój egoizm zrujnowałam ludziom życie.
          - Spokojnie, na pewno miałaś jakiś ważny powód żeby to zrobić – powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej pocieszająco. Ona odwzajemniła to, po czym resztę drogi przemierzyliśmy w ciszy.

 

 

 
          - Wiesz, co robić? – szepnąłem w stronę szatyna, na co ten kiwnął twierdząco głową.
          Ścisnąłem w dłoni wilgotną szmatkę, westchnąłem i szybki truchtem podbiegłem do jednego z mężczyzn. Zaszedłem go od tyłu i przycisnąłem szmatkę do jego ust. Jeszcze przez chwilkę się szarpał, lecz po chwili upadł nieprzytomny na ziemię. To samo stało się z drugim, którego pozbył się mój towarzysz. Uśmiechnąłem się do siebie, pogrzebałem trochę zamku i po kilku sekundach udało mi się odsunąć właz.
          - Jak wy właściwie macie na imię – zapytałem, wchodząc po schodach. – Razem stąd nawiewamy, a nawet nie znam waszych imion. Ja jestem Nathan.
          - Naomi – przedstawiła się dziewczyna. – To jest Cole.
          - Teraz przynajmniej wiem jak się do was zwracać – powiedziałem i chciałem odwrócić się w ich stronę, jednak moją uwagę zwrócił hałas kilka pięter wyżej. Momentalnie zatrzymałem się i zacząłem się przysłuchiwać głosom z góry. Było słychać jakieś ciężkie kroki, a następnie ten sam ryk, który jeszcze jakiś czas temu choć w pewnym stopniu odstraszył zombie.
           Nasłuchiwałem jeszcze chwilę, po czym momentalnie ruszyłem na górę. Cole krzyknął jeszcze za mną, jednak ja byłem zbyt pewny swojego, aby się zatrzymywać. Dopiero po przemierzeniu kilku pięter znalazłem się naprzeciwko drzwi. Z lekkim przestrachem uchyliłem je. Moim oczom ukazał się widok, przez który uśmiech wpełzł na moją twarz. Ogromny, dwumetrowy gryf z pięknymi, żółto-czerwonymi piórami. Posiadał oczy koloru krwi, potężny dziób i ogromne pazury. Tak, to właśnie on.
          - Buru…

----------------------------------------------------

Supraaajs xd Naomi i Cole wrócili xdd Zakładałam to od samego początku bloga, to był właśnie ten mój genialny pomysł. Cieszycie się z powrotu naszej ukochanej parki? Ja bardzo xd
Ale to już zależy od naszego gustu xd Sorki, jeśli nie przypadły wam do gustu za bardzo te przemyślenia o chciwości i rządzy władzy, ale jakoś tak mnie wzięło. Po prostu pokazałam tylko co ja myślę o świecie i o ludziach, to wszystko. Jak widać wczułam się trochę za bardzo, ale przynajmniej trochę przedłużyłam ten rozdział xd
Ten podoba mi się trochę bardziej, chociaż nienawidzę tego, jak piszę dialogi -.- Zawsze są jakieś takie drętwe, jak wy to robicie że wam wychodzą? xd

środa, 3 czerwca 2015

Rozdział 8 Kiedy prawda wychodzi na jaw

      Czekałem, aż ona wreszcie zaatakuje i zakończy mój żywot, jednak ta chwila nie nadchodziła. Niepewnie uniosłem głowę i nawet nie możecie sobie wyobrazić mojego zdziwienia, gdy zobaczyłem, jak Bibliotekarka przygląda się mojemu nadgarstkowi. Nie wiedziałem co zrobić, ta sytuacja kompletnie mi nie pasowała. Nic nie rozumiałem w tego wszystkiego.
    - Jesteś spowiednikiem? – odezwała się w końcu.
          Byłem kompletnie zbity z tropu. Nie rozumiałem, o co mogło chodzić tej istocie. Nie wiem jak mogła wpaść na tak głupi i niczym nieuzasadniony pomysł, ale wolałem się nie wypowiadać na ten temat. Obawiałem się, że wtedy mogłaby wpaść w furię i bez zastanowienia mnie zaatakować.
    - Nie, nie jestem – odrzekłem ze stoickim spokojem. – Słyszałem o nim, ale to wątpliwe, abym okazał się taką osobą.
    - W takim razie dlaczego masz jego znak na nadgarstku? – zapytała, wskazując długim paznokciem w stronę mojej odwiecznej szramy. – Od kiedy to masz?
    - Od urodzenia. Lekarze mówili, że to nic poważnego – wzruszyłem ramionami. – Dlaczego przed chwilą chciałaś mnie zabić, a teraz zachowujesz się tak, jakby nic się nigdy nie stało? – odważyłem się zapytać.
    - To jest święte miejsce, nikt nie ma prawa nic stąd wynieść. Nie chciałam zabijać żadnego człowieka, ale myślisz że zgodziliby się stąd odejść z pustymi rękami, jeślibym o to poprosiła? Mam za zadanie pilnować biblioteki i to robię.
    - A czy mogę wiedzieć co jest w każdej z tych Ksiąg? Podobno kiedy tylko ktoś zaglądnął do jednej z nich, to obrócił się w pył.
    - Każdy człowiek na świecie, który teraz żyje, ma swój tom. Przed apokalipsą ta biblioteka była kilkadziesiąt razy większa, lecz kiedy jakiś człowiek umiera, jego księga znika. Jest również na odwrót – niemowlę wraz z przyjściem na świat dostaje swoją. W każdej wypisane są najważniejsze dla tej osoby wydarzenia, które mają zdarzyć się w najbliższej przyszłości. Nikt nie może przeczytaj swojej, bo zaraz zamieni się w pył. Może zapoznać się z czyjąś, lecz jest pewien haczyk – zabronione jest, aby mówić komukolwiek o tym, co było tam napisane. Wszystko trzeba zachować dla siebie.
    - A Więc dlatego zginął tamten człowiek? Poznał swoją historię? – zapytałem. Stwór kiwnął głową. – Mówiłaś coś o spowiedniku i jego znaku. Możesz mi wytłumaczyć o co z tym chodzi?
    - Naturalnie, dawno nie miałam okazji porozmawiać z istotą rozumną – zaśmiała się. – Kiedy rodzi się nowy spowiednik – czyli po prostu pogromca demonów – zawsze ma na sobie znak swego rodu. Dwie falowane linie, po środku których znajduje się kropka. Linie oznaczają anioły i demony, a kropka osobę odpowiedzialną za utrzymanie ładu i nie pozwolenie na walkę między dobrem i złem. Najwyraźniej ty jesteś tą właśnie osobą. Dziwi mnie to, że rada nie powiedziała ci o twoim powołaniu. Robi to zazwyczaj wtedy, gdy spowiednik kończy szesnaście lat, a ty wyglądasz na starszego, nie mylę się? Najwyraźniej chcieli cię chronić, jednak nie mam pojęcia przed czym.
          Dopiero teraz zrozumiałem, że tak naprawdę ta cała apokalipsa otworzyła przede mną wiele drzwi. Dzięki temu dowiedziałem się wielu rzeczy, o których normalnie nie miałem pojęcia i pewnie nie dowiedziałbym się jeszcze przez długi czas. Okazało się, że mój ojciec żyje, istoty nadprzyrodzone istnieją, a ja jestem pogromcą demonów. Z tego co zrozumiałem, mam szansę na uratowanie świata tak, aby wszystko wróciło do normy. Zrobiłbym to nawet wtedy, jeśli miałoby od tego zależeć moje życie, ale pytanie brzmi – co ja mam w ogóle zrobić?
    - W takim razie co miałbym zrobić?
    - Wybacz, ale nie wiem tego. To zbyt duża wiedza, nie mam pojęcia o takich rzeczach – odpowiedziała, bezradnie wzruszając ramionami. – Dopóki nie ujawni ci się nikt z rady i nie powiadomi, że jesteś spowiednikiem, teoretycznie nie masz na co liczyć.
    - Teoretycznie? – podniosłem jedną brew do góry, w nadziei dowiedzenia się czegoś więcej.
    - Teoretycznie, bo praktycznie wystarczy mieć Księgę zaklęć. Tam masz dokładnie wszystko opisane, wszystkie czary i klątwy. Często też podświadomie pamiętasz różne regułki, nie potrzebując niczego. Ty spowiednikiem jesteś wewnątrz duszy.
    - A jak mogę znaleźć tą Księgę i gdzie ona jest?
    - Zawsze przechodzi z pokolenia na pokolenie. Na ten przykład Cailie dostała księgę od babci, nawet nie wiedząc, jak ważna to jest rzecz. Niestety ze spowiednikami jest inaczej; kiedy umiera jeden, dokładnie w tym samym czasie na świat przychodzi drugi. Tak naprawdę spowiednikiem zostaje się na chybił trafił. Po prostu miałeś szczęście, ale pamiętaj, że musisz dobrze wykorzystać ten dar. Jeśli będziesz źle wykorzystywał swoje moce, najzwyczajniej w świecie zostaniesz zlikwidowany, a twoje miejsce zajmie inny. Obiecaj mi, że będziesz uważał. Wydajesz się dojrzałym człowiekiem i mam nadzieję, że rozumiesz sens moich słów.
   - Nie mogę tego obiecać, najpierw muszę dowiedzieć się kim tak naprawdę jestem – oznajmiłem zgodnie z prawdą i spojrzałem na zegarek. Dopiero wtedy zorientowałem się, że tak naprawdę zostało mi jeszcze niecałe dziesięć minut na powrót. – Przepraszam najmocniej, ale muszę już wracać. Tamci pewnie myślą, że nie żyję. Ale mam też prośbę.
    - Słucham.
    - Czy mógłbym zabrać jedną z Ksiąg? Wtedy ludzie może przestaliby tutaj schodzić, bo wiedzieliby już o co chodzi.
    - To nie jest takie łatwe – odrzekła. – Ludzie nie byliby w stanie zrozumieć takich rzeczy, to są nadnaturalne moce. Mogliby sobie jedynie zaszkodzić, po za tym Rada nakazała mi tego pilnować i nie pokazywać żadnemu człowiekowi. Lecz jesteś spowiednikiem, tobie nie mogę odmówić. W pewnym sensie jesteś bardzo ważny i demony muszą być ci poddane.
          Zastanowiłem się chwilę i zrozumiałem, że ta kobieta, o ile mogę tak o niej mówić, miała rację. Wiem, że miałem misję i ani na chwilę o tym nie zapominałem, ale z drugiej strony okazałem się spowiednikiem. Osobą, którą cały czas szukałem wraz z Thomasem byłem tak naprawdę ja sam. Nie byłem zwykłym nastolatkiem, ale osobą, która jako jedyna miała teraz szansę odwrócić los tej całej apokalipsy na tyle, aby wszystko choć  pewnym sensie było tak, jak dawniej. Aby ludzie mogli bez obaw wyjść na powierzchnię, odbudować zniszczone domy i żyć.
    - Nie – westchnąłem. – Nie wezmę tej Księgi, rozumiem, że masz za zadanie chronić to miejsce i nie mam zamiaru tego niszczyć przez jakieś głupie zachcianki. I tak dzięki tobie dowiedziałem się, kim naprawdę jestem i to mi wystarczy. Teraz muszę jedynie wrócić na górę i odnaleźć tę Księgę, to chyba jest jedyne wyjście, aby dowiedzieć się czegokolwiek. Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś, teraz nie muszę już przynajmniej żyć w kłamstwie – uśmiechnąłem się lekko i odwróciłem w stronę korytarza, na którym momentalnie zaświeciły się wszystkie światła. – Wybacz, ale naprawdę muszę już wracać. Do zobaczenia.
   - Do zobaczenia. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. I powodzenia, jestem pewna, że będziesz doskonałym spowiednikiem.
 
 

 
 
           Biegłem najszybciej jak mogłem. W końcu gdyby na dobre zamknęli właz, to nie usłyszeliby mojego dobijania się do nich. Bałem się, że nie zdarzę, gdyż zostały mi jeszcze jakieś trzy minuty, a przebiegłem dopiero połowę drogi. To jeszcze bardziej zmotywowało mnie do szybszego dotarcia do schodów. Zawsze byłem dość dobry z zajęć wychowania fizycznego, więc nie robiło mi to większego problemu. Jedynie zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki, ponieważ nigdy nie biegiem tak długiego dystansu w tak szybkim tempie.
          Kiedy tylko zobaczyłem w oddali właz kierujący na górę, dobiegłem do schodów i jak najszybciej wbiegłem po nich. Wziąłem głęboki wdech i zapukałem w pokrywę nade mną. Na początku odpowiadała mi jedynie cisza, jednak po jakimś czasie usłyszałem nad sobą ożywione rozmowy i ciągłe chodzenie w tą i z powrotem. Dopiero po chwili właz zaczął się powoli odsłaniać. Zaraz zleciał się tłum ludzi, którzy patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Gdy tylko udało mi się stanąć na ziemi, wszyscy zaczęli zalewać mnie falą pytań. Przez ciągła gwarę nie zrozumiałem nic, dopiero dowódca, uśmiechając się półgębkiem, uciszył tłum. Zaczął coś szeptać do swojego podwładnego, po czym mnie i mojego ojca zaprowadził do swojego gabinetu.
    - Zanim zaczniemy rozmawiać na temat sytuacji na piątym piętrze powiedz, jak się czujesz fizycznie i psychicznie – zaczął mężczyzna, przeglądając jakieś papiery. – Dwóch naszych, którzy ostatnio stamtąd wrócili są pod opieką psychiatry. Całkowicie sfiksowali, nie ma z nimi kontaktu, odkąd tylko wrócili.
    - Bardzo dobrze – odrzekłem zgodnie z prawdą. – Mam najwyżej kilka zadrapań czy siniaków, to wszystko.
    - Wyśmienicie. W takim razie opowiedz mi wszystko po kolei.
    - Właściwie to nie ma co opowiadać. Kiedy byłem już w połowie korytarza, zaczęła mnie gonić. Schowałem się za jednym z regałów, a pierwszy lepszy tom włożyłem sobie pod bluzę. Niestety zaraz potem zaważyła mnie, więc zacząłem biegać między szafkami i stołami. Jakimś cudem udało mi się ją zgubić, a wtedy jak najszybciej wbiegłem do tunelu. Niestety potknąłem się o coś i wywróciłem. Straciłem na chwilę przytomność, a kiedy tylko ją odzyskałem, w te pędy przybiegłem tutaj. Dopiero na górze zorientowałem się, że zgubiłem księgę – powiedziałem na jednym wydechu.
           Było mi głupio, że musiałem okłamywać tych ludzi i zamiast stać po stronie swoich, to wolałem trzymać się jakiegoś stwora. Niestety musiałem, to okazał się mój obowiązek. Dowiedziałem się, że nie jestem zwyczajnym człowiekiem i mam szansę sprawić, aby ludzie wrócili na powierzchnię. Tak na prawdę ze zmęczenia i zaskoczenia to jeszcze dobrze do mnie nie dotarło. Kiedy usiadłem na krześle i opowiedziałem tą wymyśloną historię, zrozumiałem swoje powołanie. A teraz musiałem je wypełnić i za wszelką cenę sprawić, aby ludzie nie dowiedzieli się prawdy. Lepiej dla nich, gdy żyją w niewiedzy.
    - Czyli, że nie masz Księgi? – zapytał, na to przecząco kiwnąłem głową. Siwowłosy dowódca westchnął. – Cóż, w takim razie mimo wszystko misja nie została wypełniona, niestety. Chyba, że poszedłbyś tam jutro drugi raz. Zgadzasz się?
    - Oszaleliście już kompletnie – wtrącił się mój ojciec, waląc pięścią w drewniane, stare biurko mężczyzny. – Mój syn prawie zginął, a wy drugi raz chcecie go tam zesłać? Myślicie, że jak raz mu się udało to będzie miał takie szczęście drugi raz? Ledwo co go znaleźliście, a już wkręcacie chłopaka w te swoje chore gierki. Jeśli tak bardzo tego chcecie to ja pójdę, ale Nathanowi dajcie święty spokój!
    - Mógłbyś się nie wtrącać? – warknąłem. – Mam swój rozum i znam umiar. Nie ma szans żebym poszedł tam następny raz, ta wycieczka wystarczy mi w zupełności. Zgodziłem się tylko jeden raz zejść na dół i nie mam zamiaru tego powtarzać.
    - A więc czego żądasz w zamian za ponowne zejście na dół? – zapytał mężczyzna, nadal nie ustępując. – Dobrze wiesz, że…
    - Niczego – przerwałem. – Już panu powiedziałem, że tam ponownie nie zejdę. I tak dużo ryzykowałem, że w ogóle postanowiłem tam pójść. Tym razem szukajcie kogo innego, nie mam zamiaru drugo raz tego przeżyć, o ile bym oczywiście nie został zabity!
            Doskonale wiedziałem, że nic mi już nie grozi, w końcu Bibliotekarka nie zabiłaby swojego, ale jak inaczej wytłumaczyłbym im całą tą sytuacje ze spowiednikiem, Radą Starszych i całą resztą? Byli tylko ludźmi, po za tym uznaliby mnie za wariata. Nie mogłem im wtedy zaufać, postanowiłem nawet ojcu nic nie mówić. Wtedy myślałem już tylko o tym, aby wyjść na powierzchnię i znaleźć tą Księgę. Nie wiedziałem, gdzie ona może się znajdować, jednak udało mi się raz przenieść jedną kartkę w czasie i przestrzeni, więc szansa była na to i teraz. Problem jednak polegał na tym, ze za nic w świecie nie wiedziałem, jak to zrobić.
          Po skończonej rozmowie, postanowiłem przejść się po piętrach. Nie miałem zamiaru całymi dniami gnić w swoim pokoju, a była także szansa na to, że spotkam kogoś znajomego. Lecz moim głównym celem było obmyślenie planu, który polegał na ucieczce z bunkra. Strażnicy wypuszczali i wpuszczali tylko stalkerów, a ja nie zaliczałem się do ich grona. Po za tym oni mnie już znali, prawie każdy przynajmniej mnie kojarzył z widzenia. W końcu teraz byłem sławny, aż za nadto.
          Kiedy znajdowałem się na pierwszych piętrze, czyli teoretycznie parterze, postanowiłem przejść się po najbliższych straganach. Odkąd wybuchła apokalipsa, pieniądze straciły najmniejszą wartość. W tym momencie płaciło się najważniejszymi rzeczami; lekami. W zamian za to można było nabyć jedzenie, ubrania albo jakieś inne gadżety jak zegarki na rękę czy biżuterię. Biednym nie było to już do szczęścia potrzebne, za to tym z czwartego piętra – bez problemu. Stalkerzy przynosili wojsku i politykom wszystko, dlatego też nie musieli się ograniczać, jeśli chodzi o wydatki, kiedy ludzie piętra wyżej umierali z głodu. Widać, że nawet teraz, zamiast się jednoczyć, każdy myśli tylko o sobie, a innych ma głęboko gdzieś.
           Rozglądnąłem się trochę w poszukiwaniu jakiegoś jedzenia, gdyż ta cała wyprawa wyczerpała wszystkie zapasy moich sił. Przy okazji podzieliłem się swoim pożywieniem z wychudzoną kobietą, która na rękach trzymała prawdopodobnie dopiero co narodzone dziecko. Tak naprawdę było o wiele więcej osób w potrzebie, ale nie miałem wystarczająco dużo leków, aby dokupić coś jeszcze.
            Usiadłem na schodach prowadzących do tunelu, którym jeszcze kilka dni temu wprowadzali mnie do bunkra i zacząłem zajadać bułkę z wyschniętym liściem sałaty. To i tak była najlepsza rzecz, na jaką było mnie stać, reszta albo była nieziemsko droga, albo po prostu nie do przełknięcia. Bo kto o zdrowych zmysłach chciałby jeść szczura? Trzeba by być naprawdę zdeterminowanym i głodnym.
            Kiedy tak rozmyślałem, mój wzrok natrafił na jakąś parę; dziewczyna z zaniedbanie ułożonymi włosami i jasnowłosy chłopak trzymający ją za rękę. Wydawało mi się, ze skądś znałem tę dziewczynę, jednak za nic w świecie nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Moje zdziwienie spotęgował fakt, że na moich oczach wyczarowała sobie baton. Nie mogłem w to uwierzyć, dlatego moja osłupiała mina nie mogła nikogo zdziwić. Do tego przypomniałem sobie, że to właśnie z jej domu wziąłem kartkę z Księgi.

----------------------------------------------------

Hej :)
Zdaję sobie sprawę z tego, że ten rozdział nie wyszedł mi za bardzo, ale powiedzmy, że po prostu nie wiedziałam co pisać -.- Mam nadzieję, że ten następny bardziej przypadnie i mi i wam do gustu, ale poczekamy, zobaczymy xd W każdym razie jestem ciekawa czy wiecie, kim jest ten chłopak i dziewczyna xd Raczej się domyślacie, mam nadzieję XD
A więc tak, proszę o komentarze i błagam; jeżeli ktoś czyta, niech komentuje. Nie chodzi mi o długie wyczerpujące komentarze, wystarczy "Fajny rozdział" lub "Beznadziejnie ci wyszedł ten opek", na prawdę. Chcę choćby w najkrótszych słowach poznać waszą opinię, dobrze? Proszę was o to, to tyle ;)

poniedziałek, 25 maja 2015

Rozdział 7 Tunel śmierci

             Heloooł ;D Wróciłam do was po tygodniowej przerwie z nową dawką weny. Mam nadzieję, że ktoś tęsknił za mną choć troszkę Xdd A jeśli nie, to przynajmniej ja za wami tęskniłam ;) Niestety mój problem polega na tym, że :
1. Nie miałam kiedy pisać; wyjeżdżałam rano, a po zwiedzaniu byłam na maxa zmęczona
2. Nie wzięłam laptopa bo gdzie się będę z nim użerać, a telefon wkurza mnie na tyle, że czasem mam dość nawet i pisania sms'ów. Po prostu nienawidzę pisać na komórce >.<
3. Płatny internet, który ograniczył mnie totalnie -.- Najwidoczniej w tych czasach gwiazdki nad nazwą hotelu nic nie znaczą....
             No, w każdym razie wróciłam i mam nadzieję, że nowe rozdziałki będę dodawała w miarę regularnie ;) A teraz - zapraszam serdecznie na rozdział :)



    - Jak duża liczba zombie znajduje się na powierzchni? – zapytał starszy mężczyzna z gęstą siwą brodą i głęboko osadzonymi oczami. Wpatrywał się we mnie wraz z kilkunastoma innymi osobami siedzącymi wokół stołu.
    - Jeżeli chodzi o nich, to już w ogóle nie ma ich na zewnątrz – odrzekłem, po czym kontynuowałem wypowiedź – Teraz tam rządzą jacyś ludzie. Wyglądają jak przybyli z innych czasów, prawdopodobnie z średniowiecza. Jeżdżą na koniach, często przebrani są w zbroję.
    - Wiesz kim mogą być?
    - Nie mam pojęcia – wzruszyłem ramionami. – Choć uważam, że są to jakieś postacie paranormalne, jak demony. Mają moce i z tego, co zdążyłem się zorientować wiem, że szukają jakiegoś spowiednika.
    - A, mniej więcej, jak dużo jest tych ludzi? Więcej niż nas? – kontynuował przesłuchanie następny, nieco młodszy mężczyzna.
    - Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia. Widziałem jedynie wczoraj jakąś straż patrolującą, a dzień wcześniej jakaś grupkę. W każdym razie nie wiem czy zwykłą bronią da się ich wszystkich pokonać. W końcu nie wiem, czy zwykli ludzie tacy jak my, mogą igrać z czarami.
          Ten, który jako pierwszy zaczął wypytywać mnie o wszystko, spojrzał w stronę reszty. Większość z nich potwierdzająco kiwnęła głowami. Nie miałem pojęcia, co oni planowali, ale obawiałem się tego. Nie chciałem zbytnio wracać na powierzchnię, przynajmniej na razie. Wolałem być wśród ludzi, a nie sam na sam z jakimiś potworami. Zachowywałem się może jak tchórz, ale chciałem trochę od wszystkiego odpocząć, poukładać to wszystko w głowie. Na zewnątrz nie miałem na to czasu, cały czas musiałem uciekać. Niebezpieczeństwo czyhające na mnie na każdym zakręcie było wykańczające. Ciągle moim ciałem rządził strach, serce biło jak oszalałe, a ja nie mogłem tego powstrzymać.
    - Posłuchaj – zaczął w końcu ten prowadzący. – Ten bunkier należy do Organizacji Exodusu. Jest to tajna organizacja zajmująca się rzeczami paranormalnymi. Każda osoba, która w niej pracuje, musi być odcięta od rodziny i całego świata zewnętrznego, aby nie wyjawić jej tajemnic. Twój ojciec został do tej organizacji włączony, przez to musieliśmy wymyślić jakąś bajkę, abyście go nie szukali wraz z twoją matką. Razem z kilkunastoma innymi wojskowymi cały czas byli tu i wszystko dokładnie badali. Piąte piętro jest zastrzeżone z powodu jakiegoś cholerstwa, które tam grasuje. Już kilkadziesiąt osób tam zginęło i nadal nie wiemy dokładnie co tam jest. Nikt nie chce się tam zagłębiać, każdy się boi. Postanowiliśmy wyjawić tobie tę tajemnicę i zapytać, czy ty nie byłbyś chętny do wyruszenia tam. Jesteś młody, zręczny i myślę, że byś sobie poradził. Jeśli się zgodzisz i wrócisz z tym czego chcemy, już oficjalnie będziesz członkiem naszego zespołu i dostaniesz dostęp do akt. Wiemy, że aby tam pójść potrzebna jest niesamowita odwaga, ale myślę że tobie jej nie brakuje. Zgadzasz się?
          Ta propozycja ułatwiła mi sprawę na dostanie się na piąte piętro. Mogłem zdobyć zaufanie i uznanie najważniejszych osób z bunkrze, a jednocześnie i zaspokoić ciekawość. Dziwiłem się osobom, które nie chciały zejść na dół i dowiedzieć się prawdy. Rozumiem, że większość ludzi zaginęła w czasie wypraw to tamtego miejsca, ale mimo wszystko chciałem dowiedzieć się prawdy.
    - Co miałbym zrobić – zapytałem. Starzec spojrzał na mnie z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy, jednak po chwili lekko się uśmiechnął.
    - Kiedy zejdziesz na piąte piętro, zobaczysz przed sobą długi korytarz. Musisz nim iść, aż natrafisz na ogromną salę, która cała wypełniona jest książkami. Chwyć pierwszą, która nawinie ci się do rąk i od razu biegnij do nas. Jeśli zrobisz to szybko, jest możliwość nienatrafienia na bibliotekarkę – potwora grasującego na dole. Nie musisz robić nic więcej. Tam cały czas palą się światła awaryjne, jednak weź ze sobą latarkę i miej ją włączoną. Jeśli ci zgaśnie i nie będzie chciała się zapalić, to ostrzeżenie, że bibliotekarka wyczuła czyjąś obecność. Nie wiemy, od czego zależy to, czy cię wywęszy czy nie. W każdym razie wcześniej czy później dowie się o obecności człowieka. Rozumiesz, co masz robić?
    - Tak – kiwnąłem głową. – Kiedy mam ruszać?
    - Za godzinę. Zamkniemy wejście na górę, aby cywile nie widzieli, że ktokolwiek schodzi na dół. Jak na razie tylko wojsko i rząd wie o istnieniu życia pod nami, nie chcemy wzbudzić paniki. Tutaj ludzie czują się bezpieczni, a gdyby dowiedzieli się o jakiś mutantach żyjących razem z nimi, czuliby się zbyt niepewnie.
    - Idź już do siebie – odezwała się kobieta siedząca obok. – Teraz jest godzina dwunasta czterdzieści sześć. Dokładnie o czternastej zjaw się przy włazie. Jeśli będziesz chciał się wydostać to zapukaj alfabetem morsa inicjały „SD”. Muszą to być trzy szybkie stuknięcia, jedno długie i dwa krótkie. Zrozumiałeś wszystko? – kiwnąłem potwierdzająco głową. – W takim razie możesz już iść. Masz godzinę na zastanowienie się nad wszystkim, jeszcze będziesz mógł się wycofać, lecz kiedy znajdziesz się na dole, nie będzie odwrotu.
    - Jestem pewny tego, co chcę zrobić. Bardzo dobrze to sobie przemyślałem – odrzekłem. – Mogę już iść?
    - Oczywiście – potwierdziła kobieta. – Strach i wszystko inne zostaw w pokoju. Potrzebna ci będzie jedynie latarka i duża dawka odwagi.
           Wstałem z krzesła i wyszedłem z pomieszczenia. Za drzwiami czekał na mnie tata, który zaraz obrzucił mnie pytaniami. Był ciekawy tego, co wojskowi chcieli wiedzieć. Jednak ja, zamiast odpowiadać, od razu powiadomiłem go o tym, że schodzę na piąte piętro. Kiedy tylko to usłyszał, zrobił wielkie oczy i momentalnie się zatrzymał. Najwyraźniej nie wierzył w to, co słyszy. Powtórzyłem wypowiedź, po czym ruszyłem dalej. Rodzic zaraz mnie zatrzymał i próbował powstrzymać przed – jak to określił – popełnieniem największego błędu swojego życia, ale ja nie chciałem go słuchać.
          Można mnie uznać za rozwydrzonego bachora, który nie liczy się ze zdaniem innych i widzi jedynie czubek swojego nosa. Możliwe, że tak było, nie zaprzeczam. Wolałem jednak zaufać sobie niż innym. Jakaś nieodparta siła ciągnęła mnie tam i jednocześnie nie opuszczała nadzieja, że nic mi się nie stanie. Musiałem docenić to, że tak szybko mi zaufali i wykorzystać, bo druga taka szansa mogła mi się już nie trafić.
    - Możesz się jeszcze wycofać, nie rób głupstw – warknął ojciec, kiedy znaleźliśmy się już w pokoju.
    - Przestań mi w końcu truć – krzyknąłem. – Nie namówisz mnie do zmiany zdania. Chcę tam zejść i zdobyć tę cholerną książkę, a ty mi na pewno nie przeszkodzisz.
         Tata westchnął i opadł na łóżko. Najwyraźniej zrozumiał, że nie przekona mnie do wycofania się z tego całego gówna. Podjąłem decyzję i nie miałem zamiaru w tym nic zmieniać. Od zawsze byłem uparty jak osioł i robiłem to, co mi się podobało. Teraz także musiałem postawić na swoim i za nic w świecie się nie poddawać.
          Kiedy wybiła tak upragniona przeze mnie godzina czternasta, szybkim krokiem i z latarką w ręku wyszedłem z pokoju. Kierowałem się w stronę holu. Jak się okazało, wiele osób opuściło swoje cztery ściany, ale zobaczyć jak następny śmiałek idzie na pewną śmierć. Wiele osób rzucało mi pełne współczucia spojrzenia, ale ja starałem się nie myśleć o tym, co miało mnie spotkać. Wolałem wmawia sobie, że wyjdę ze wszystkiego cało, a inni jeszcze będą mnie podziwiać. To było prawie niemożliwe, ale musiałem spróbować, choćby dla samego siebie i dla własnego sumienia.
         Mówi się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Właśnie w tym wypadku to powiedzenie miało się sprawdzić.

 

 

 
    - Masz latarkę? – zapytał jeden z tych mężczyzn, którzy byli na moim przesłuchaniu.
    - Tak – westchnąłem.
          Próbowałem się jakoś skoncentrować na zadaniu, ale tłum zgromadzony wokół uniemożliwiał mi to. Całe szczęście wejście na wyższe piętra zostało zamknięte, aby nie wzbudzać zbyt dużego zainteresowania cywili. Na czwartym poziomie mieszkają jedynie wojskowi, więc moje zejście niżej zostałoby i tak tylko w naszym gronie.
    - Pamiętasz cały plan? – kiwnąłem twierdząco głową. – Masz zejść na dół i jak najszybciej przebiec ten korytarz. Ma on około kilometra. Jeżeli twoja latarka zgaśnie, to znaczy, że bibliotekarka jest gdzieś niedaleko i wyczuła twoją obecność. Wtedy przyśpiesz, zgarnij pierwszą lepszą książkę i wracaj. Nie zaszywaj się nigdzie, nie rozglądaj, to zbyt niebezpieczne zadanie.
    - I tak prawdopodobnie jesteś naszą ostatnią nadzieją – wtrąciła kobieta, z którą rozmawiałem podczas przesłuchania. – Już nikt nie chce tam schodzić, wszyscy zbyt się boją.
    - Masz czas przez maksymalnie godzinę, później zamykamy właz na dobre. Postaraj się zmieścić w czasie, bo nawet idąc tam spacerkiem w tą i z powrotem, wyrobiłbyś się spokojnie w czterdzieści minut. Dasz radę?
    - Postaram się.
          W tym właśnie momencie właz został odsłonięty. Pod sobą zobaczyłem długie, kręte schody o długości kilkunastu metrów. Na samym dole panował półmrok, dzięki lampom awaryjnym, rozmieszczonym co kilka metrów na obu ścianach korytarza.
          Wciągnąłem ze świstem powietrze. Bałem się jak nigdy, dlatego wahałem się jeszcze czy aby na pewno schodzić na dół. Nie dano mi jednak więcej czasu do namysłu, bo inni zaraz zaczęli mnie pośpieszać. Westchnąłem i niepewnie mijałem następne schodki. Gdy stałem już na blado-brązowej posadzce, właz został zatrzaśnięty z hukiem. Ostatnia osoba jaką widziałem, to mój tata, którego usta układały się w słowo „Powodzenia”.
           Zostałem całkowicie sam. Towarzyszyła mi jedynie hucząca w uszach cisza, przerywana chwilami jękami dochodzącymi z dołu. Wolałem nie zaglądać na niższe piętra; bałem się, co mógłbym tam zobaczyć. Aby zaoszczędzić sobie niepotrzebnych wrażeń, po prostu szybkim marszem ruszyłem przed siebie.
           Pierwsze pół kilometra przeszedłem w spokoju, w końcu teoretycznie byłem tu sam. Zastosowałem się do poleceń wojskowych i przez cały czas miałem włączoną latarkę, mimo bardzo dobrego oświetlenia. Kiedy zostało mi jeszcze około trzystu metrów drogi, latarka zaczęła migać, aż całkowici padła. Próbowałem ją kilkakrotnie włączyć, jednak nic to nie dawało. Serce ze strachu prawie wyskoczyło mi z klatki piersiowej. Chciałem biec dalej, jednak usłyszałem za sobą jakiś hałas. Odwróciłem się i zobaczyłem, że światła zaczynają po kolei gasnąć, a w moją stronę zbliżała się bibliotekarka; miała podłużną, całkowicie białą twarz, ogromne puste oczy i szeroki uśmiech przyprawiający o dreszcze. Przyodziana była w białą suknię poplamioną bruzdami, prawdopodobnie, krwi. Ona sama unosiła się kilkanaście centymetrów nad ziemią.
          Krzyknąłem ze strachu i zacząłem biec przed siebie, potykając się cały czas i prawie wywracając. A ona? Śmiała się za moimi plecami. Dla niej to była zabawa w kotka i myszkę, kiedy ja byłem przerażony jak nigdy. Gdy udało mi się w końcu dostać do przestronnego holu, zaraz schowałem się za jakimś regałem i spomiędzy książek obserwowałem ją.
          Hol był ogromną salą o długości około pięćdziesięciu metrów i szerokości niedużo mniejszej. Bardzo zaskoczyło mnie to, że to pomieszczenie jest o wiele bardziej zadbane i czyste od całego zamieszkałego przez ludzi bunkra. Ściany były koloru bordowego, a sufit – szarego. Regały sięgały prawie samego sufitu, czyli około dziesięciu metrów. Schowałem się za pierwszą szafką, aby widzieć, kiedy ta istota znajdzie się w Sali. Czekając na nią, chwyciłem przy okazji pierwszą lepszą księgę i schowałem pod koszulkę. Domyślam się, że byłaby wściekła widząc, że wynoszę jej własność.
           Kiedy już weszła, a właściwie wleciała, to sali, zaczęła się nerwowo rozglądać. Mimo tego ten wredny uśmieszek nie schodził jej z ust tak, jakby była na niego skazana. Niepewnie ruszyła w moją stronę, a ja wstrzymałem oddech i starałem się nie wykonywać żadnego, nawet najmniejszego, ruchu. Zacząłem odmawiać ostatnią modlitwę przed śmiercią, gdyż byłem pewien, że zginę. Zacząłem żałować, że w ogóle zgodziłem się tu schodzić. To był chyba jeden z największych błędów, jakie popełniłem. Zrozumiałem, że choć czasem powinienem posłuchać innych, a nie zdawać się tylko na siebie. Pieprzony egoista. Szkoda tylko, że to doszło do mnie po czasie.
           Bibliotekarka zaczęła niepewnie chodzić z miejsca na miejsce, jakby od znalezienia mnie zależało jej życie. Dopiero gdy odeszła trochę od wejścia do korytarza, wstałem i chciałem jak najszybciej pobiec w jego stronę, a potem już tylko do włazu. Może bym nie zdążył, albo w czasie uciekania upadł ze zmęczenia i już nie wstał, ale musiałem spróbować. Zawsze żyłem spontanicznie, a decyzje podejmowałem od razu. Nie zawsze były to dobre decyzje, ale mimo tego nie mogłem bezczynnie stać i czekać, aż ona mnie zajdzie, a wtedy nie byłoby już odwrotu.
           Gdy tylko podniosłem się do pozycji stojącej, jak na złość, strąciłem łokciem książkę. Huk, który spowodował jej upadek sprawił, że zwróciłem na siebie uwagę tego przedziwnego, a zarazem strasznego, stworzenia. Przez to musiałem pobiec w przeciwną stronę, niż zamierzałem i znów ukrywać się pomiędzy stertą porozwalanych księg. Stworzenie zaraz zaczęło mnie gonić, nie ustając ani na chwilę. Wszelkie próby schowania się między półkami spełzały na niczym, a ja zaczynałem opadać z sił. W pewnym momencie potknąłem się o własną nogę i upadłem prosto na ścianę. Zjechałem po niej i odwróciłem się przodem do bibliotekarki, która zmierzała prosto na mnie.
    - I czy warto było uciekać? – zapytała, głosem przyprawiającym o dreszcze.
          Już szykowała się na atak na mnie. To był mój koniec, nawet nie zdążyłem się pożegnać z ojcem. Zamiast żyć z nim w dobrych stosunkach, wolałem się kłócić. Nienawidziłem go za to, jaki był dla mnie i mojego brata przez całe życie, ale to jednak był mój rodzony tata. Straciłem już matkę, nie mogłem stracić i ojca przez mój egoizm i bezmyślność. A już na pewno nie przez zawiść.
           Szykując się na śmierć, zakryłem jedynie twarz dłonią.