Wybaczcie, ale jestem zmuszona do tego, aby przedłużyć zawieszenie. W ciągu tych prawie dwóch miesięcy napisałam jeden rozdział. Rozumiecie? JEDEN! To jest moja klęska pisarska. Zastanawiałam się wczoraj czy nie zakończyć tego bloga i nie zniknąć na jakiś czas. Postanowiłam jednak dać sobie jeszcze trzy tygodnie. Jeżeli nic się nie poprawi, to pewnie was opuszczę. Nie chcę pisać z przymusu, wolę z przyjemności. Rozumiecie mnie, prawda?
Staram się coś wymyślić, nawet nie wiecie jak, ale to nic nie daje. Nawet zmuszam się do pisania tyle tylko, czy to ma jakikolwiek sens? Całe szczęście taki serial fantasy i książki z serii "Uniwersum Metro 2033" dodają mi chęci i głównie przy tym serialu i książce wpadają mi do głowy jakieś pomysły xd
Także postanowiłam zawiesić blog do dnia 9 maja. Jeżeli do tej pory nie poprawi mi się, to prawdopodobnie usunę blog lub przynajmniej zawieszę na kilka miesięcy, pewnie na 5-6. Proszę was tylko o to, abyście się nie złościły i mam nadzieję, że nadal jest choć kilka osób, które będą czytać mój blog.
niedziela, 19 kwietnia 2015
piątek, 27 lutego 2015
!!! ZAWIESZENIE !!!
Nie owijając
w bawełnę, wszech i wobec chciałam ogłosić, iż zawieszam bloga. Powodów jest kilka:
1.Kompletny brak weny
Mam jakiś
konkretny zarys fabuły, ale nic szczegółowego. Zawsze kiedy siadam przed
komputerem i biorę się za pisanie moją głowę ogarnia całkowita pustka. Dialogi,
opisy, to wszystko po prostu odchodzi w siną w dal. Przez ostatnie kilka
tygodni nic nie napisałam, dodawałam wcześniej nagromadzone rozdziały, a teraz
już po prostu nie mam co dodawać.
2.Brak chęci do pisania
Z tego co
wiem, to tworzenie rozdziałów powinno sprawiać przyjemność, a u mnie jest
przeciwnie. Uważam to za swój obowiązek, kiedy tak naprawdę jest inaczej. Nie
chcę się zmuszać do czegoś, co nie sprawia mi już takiej przyjemności jak
kiedyś. Mam nadzieję, że mi to przejdzie, ale jak na razie tak nie jest.
3.Problemy
Nie chcę się
na ten temat rozpisywać, ogólnie jestem wykończona psychicznie, a kilka nocy
przepłakałam. Już jest trochę lepiej ale myśląc o tym, nie mogę się skupić na
blogu. Normalnie, to w nocy przychodziły mi ogromne ilości pomysłów, ale teraz
inne rzeczy zaprzątają moją głowę.
Tak więc mam
nadzieję, że choć w pewnym sensie mnie rozumiecie. Błagam, nie róbcie mi
wyrzutów, wiem, że zawaliłam i to jeszcze na samym początku całego opowiadania,
mam tego świadomość. W każdym razie nie opuszcza mnie nadzieja, że mi
wybaczycie i że kiedy wrócę do pisania, nie będziecie na mnie złe i nadal
będzie czytać to opowiadanie. Jeśli nadal się będę utrzymywać w takiej depresji pisarskiej to najzwyczajniej
skończę z pisaniem, ze wszystkim co związane z bloggerem (oczywiście prócz
waszych blogów). Naturalnie poinformuję was wcześniej o tym zamiarze. Lecz jak
na razie wolę po prostu sobie dać trochę czasu niż się poddawać, choć nie
wiadomo co nastąpi za jakiś czas.
Dobra, bez
zbędnych ceregieli. Zawieszenie potrwa
do 18 kwietnia 2015 r. Jeżeli będę potrzebowała więcej czasu, poinformuję
was o tym. Może w tym czasie uda mi się napisać kilka rozdziałów? Zobaczymy.
A więc do
kwietnia J
niedziela, 22 lutego 2015
Rozdział 4 Syn Adama
Właśnie siedzieliśmy w jakiejś
pobliskiej restauracji, zajadając znalezione w kuchni produkty. Ja zdecydowałem
się również na zwykłą wodę mineralną. Jednak Thomas, kiedy tylko w sklepie
naprzeciwko znalazł butelkę piwa, nie pogardził nią. Bez słowa wziął się za jej
konsumpcję, lecz nie poprzestał na jednej. Po trzech półlitrówkach był
kompletnie pijany i ledwo się poruszał.
- I
po co, debilu, tyle piłeś? – jęknąłem, prowadząc chłopaka pod ramię przez
miasto. Powoli zaczynało się ściemniać, więc zaprowadziłem nas do pierwszego
budynku, jaki tylko się napatoczył. Musiałem jeszcze znaleźć Buru, który gdzieś
się napatoczył, a na pomoc od ciemnowłosego nie miałem co liczyć. Do trzeźwości
było mu zdecydowanie za daleko.
- Każdy zasługuje na odrobinę szczęścia,
bracie – wybełkotał, gdy wchodziliśmy po schodach domu, abym mógł znaleźć jakiś
pokój, gdzie będę mógł zostawić chłopaka. W pewnej chwili potknął się o jeden
schodek i z impetem uderzył torsem o barierkę. Zaczął mruczeć pod nosem jakieś
przekleństwa, więc pomogłem mu wstać i zaprowadziłem do pierwszej lepszej
sypialni i walnąłem na łóżko.
Odetchnąłem sobie chwilę, bo przez
dobre sto metrów prawie go niosłem. Już zbierałem się do wyjścia, ale Thom
zatrzymał mnie.
- Ej, a ty gdzie się wybierasz? – zapytał i
podniósł się do pozycji siedzącej. Westchnąłem zdenerwowany.
- Muszę znaleźć Buru, ale skoro ty jesteś
nawalony, to ja muszę wszystko za ciebie robić. Rozumiem, że przez dziesięć lat
byłeś pozbawiony takich luksusów jak piwo, ale bez przesady. Jeśli myślisz, że
następnym razem też ci pomogę, to się grubo mylisz – warknął, po czym
odwróciłem się o sto osiemdziesiąt stopni i wyszedłem z pokoju. Ciemnowłosy
bełkotał coś jeszcze gdy wychodziłem, ale nie zwracałem na niego uwagi. Wolałem
aby wiedział, że dam sobie radę bez niego i nie ma prawa mnie zatrzymywać.
Idąc ciemną ulicą i oświetlając ją
małą siedemdziesięciopięciowatową latareczką miałem czas na rozmyślenia.
Cały ten czas zastanawiało mnie
zachowanie Thomasa, kiedy znaleźliśmy się w moim domu. Przyglądał się temu
zdjęciu jak zaczarowany, jakby naprawdę znał moją matkę i nie była zwykła koleżanką
jego matki, jak to tłumaczył. Później, po całym tym wydarzeniu, zauważyłem jak
dziwnie mi się przyglądał. Próbowałem go jeszcze podpytać o tę sytuację, ale
nie odpowiadał. Zazwyczaj po prostu udawał, że dla niego nie istnieję, a wtedy
rozglądał się dokładnie po gruzowiskach domów i ciałach, które nadal leżały na
ulicy. Od tamtej sytuacji w salonie nie było godziny, w której nie myślałbym o
dziwnym zachowaniu chłopaka. Próbowałem sobie przypomnieć, czy mogę go znać,
ale kiedy on zaginął miałem zaledwie osiem lat. Musiałbym zapytać mamy czy go
zna, ale nie mogłem, przecież nie żyła.
Nie żyła jak tysiące innych ludzi.
Jeszcze kilka godzin wcześniej zwracałem kolację zjedzoną przed apokalipsą na
widok tych wszystkich ciał. A teraz? Teraz były mi obojętne. Zdążyłem się do
nich przyzwyczaić na tyle, że czułem, jakby były czymś normalnym. Nawet się z
tego cieszyłem, bo dzięki temu nie czułem już tego strachu na każdym kroku i
bólu, jaki sprawiał mi ten widok.
Nagle usłyszałem przed sobą stukot
końskich kopyt. Zdezorientowany zgasiłem latarkę i schowałem się za białą
furgonetką stojącą na środku ulicy. Zaraz zza zakrętu wyskoczyło, jak Filip w
konopi, stado czarnych koni. Ich jeźdźcy wyglądali identycznie co ten, którego
zabiłem tego samego dnia. Jedynie na ich czele jechała jakaś kobieta. Płeć
poznałem dzięki granatowej sukni z dużym dekoltem i długim ciemnym włosom,
które zostały splecione w luźny warkocz. Wydawała się być naprawdę piękna, lecz
dopiero gdy podjechała bliżej, zauważyłem jak naprawdę wygląda. Zamiast
paznokci miała ciemnoszare szpony, a jej pełne usta były koloru krwi. Jednak
najstraszniej wyglądały blizny, które miała na całej twarzy. Zupełnie takie,
jak po poparzeniach. Do tego te oczy, pełne zła i nienawiści do ludzi.
Wtem kostur, który trzymała w dłoni
zaczął lekko drgać. Kobieta zatrzymała się, a zaraz i cała reszta jej bandy.
Przestraszyłem się bo myślałem, że mnie zauważyli, ale nawet nie patrzyli w
moją stronę, tylko na tą pannę, która cały czas wpatrywała się w ciemność
panującą wokół.
- Pani, co się stało? – zapytał w końcu
jeden z mężczyzn, który zrównał się z ciemnowłosą.
- Czuję go, on tu jest – powiedziała niskim
głosem, który sprawiał, że po ciele przechodziły mi ciarki, a serce przyspieszyło
ze strachu. – Jest tu syn Adama, jakim cudem zdołał przetrwać? Znaleźć go
natychmiast! – krzyknęła, a jej strażnicy skinęli tylko głowami i rozdzielili
się w różne strony. Jedynie kobieta zsiadła z konia i zaczęła nieświadoma
zbliżać się w moją stronę. Wstrzymałem oddech i powoli wczołgałem się pod
samochód, po czym skuliłem się jak najbardziej tylko mogłem. Widziałem jej bose
stopy, które przeszły tuż obok furgonetki. Kiedy zatrzymała się zaraz przed
moją twarzą i zaczęła kucać, aby zaglądnąć pod auto, przełknąłem cicho ślinę.
- Pani, złapaliśmy feniksa! – krzyknął
jeden z mężczyzn. Kobieta od razu wstała i wsiadła na konia, po czym odjechała
w stronę, z której dobiegał krzyk.
Kiedy zostałem sam, mogłem spokojnie
wyjść na ulicę. Z ulgą wypuściłem powietrze, w końcu prawie mnie zauważyła. Przebiegłem
cicho kilkadziesiąt metrów, aż do zakrętu, za którym jeszcze minutę temu
zniknęła ciemnowłosa. Przylgnąłem do ściany i ostrożnie wychyliłem się zza
niej. Wtedy zobaczyłem, jak grupa tych ludzi w zbrojach trzyma sznury, które
były obwiązane wokół Buru. Ptak próbował się wyrywać i przegryźć węzły, jednak
lina zaciskająca jego pysk nie pozwalała mu na to. Chciałem mu pomóc, jednak
nie wiedziałem jak.
Wtedy wpadłem na pewien pomysł. Od
piętnastego roku życia aż do teraz chodziłem na łuk, więc umiałem dość celnie
strzelać. Zdjąłem przewieszony przez ramię łuk, a z kołczanu wyjąłem strzałę i
ostrożnie, lecz mocno, napiąłem łuk. Wycelowałem w stronę feniksa i
wystrzeliłem. Ostrze przeleciało kilkadziesiąt metrów i przecięło szczur na
pysku zwierzęcia. Grupa osobników w czerni odwróciła się w moją stronę i
zaczęła mnie gonić z bojowymi okrzykami. Wiedziałem, że to mój koniec. Po ja
się w ogóle wychylałem….
Jęknął cicho z bólu i złapałem się za
głowę. Gdy otwarłem oczy, napotkałem jedynie ciemność, które została lekko
oświetlona przez księżyc za oknem. Niestety nawet on nie dawał dużo światła,
gdyż odkąd nastąpiła cała ta apokalipsa ani razu nie widziałem słońca w dzień,
ani gwiazd w nocy. Nawet księżyc nie chciał patrzeć na zniszczoną ziemię i
chował się za chmurami. Już nic nie było jak dawniej, tak naprawdę wszystko
było inaczej.
Nagle usłyszałem skrzypnięcie drzwi i
do pokoju w którym byłem, wszedł jakiś mężczyzna. Wyglądał nieco inaczej niż
tamci. Ubrany był w jakieś szmaciane spodnie i podartą koszulę, a twarz miał
zasłoniętą jakąś maską. Dopiero kiedy promienie światła wpadły do pomieszczenia,
zauważyłam, ze leżę bez koszuli na podłodze ubrudzonej krwią, a z policzka
sączy mi się strumyk czerwonej mazi. Facet podszedł do mnie z batem w ręce i
wymierzył mi cios prosto w plecy. Krzyknąłem z bólu, a po policzku spłynęła mi
łza.
- Gdzie jest spowiednik?! – krzyknął i
uderzył mnie po raz drugi. Tym razem stłumiłem wrzask, a wydobył się ze mnie
jedynie cichy jęk. – Ponawiam pytanie: Gdzie spowiednik!
- Nie wiem, nie mam pojęcia! Błagam, zostaw
mnie – mruknąłem cicho. Cierpienie, jakie sprawiał mi ten człowiek było nie do
opisania. Przez niego ledwo dawałem radę powiedzieć choć słowo i z trudem
utrzymywałem przytomność. W tamtej chwili miałem ochotę umrzeć lub przynajmniej
zemdleć, aby nie czuć cierpienia, które rozsadzało mnie od zewnątrz.
Moje męczarnie skończyły się dopiero
po kilku minutach, może nawet godzinach. Nie wiedziałem kiedy, straciłem
rachubę czasu i marzyłem tylko o tym, aby to wszystko się w końcu skończyło.
Leżałem półprzytomny na zimnej posadzce i próbowałem powstrzymywać łzy, które
coraz gęściej napływały mi do oczu. Nigdy nie czułem czegoś tak potwornego,
takiego bólu. Kiedy przejechałem dłonią po plecach poczułem kilkanaście, o ile
nie kilkadziesiąt, szram z których ciekła ciemnoczerwona ciecz. Westchnąłem z
bezsilności i ociężale podniosłem się z ziemi.
Ręką dotknąłem medalionu na piersi.
To było naprawdę dziwne, ale czując, że mam go przy sobie ogarniała mnie
niesamowita siła niepozwalająca się poddać. Wydawało mi się, że to mama stoi przy
mnie i czuwa, abym walczył o siebie i swoje życie. Abym pokonał demony i mógł
żyć jak dawniej. Tyle, że bez
najbliższych mi osób nie mogłem żyć normalnie.
Tak naprawdę miałem tylko ją. Ojciec
zginął w Iraku jeszcze pół roku temu, jednak pozbierałem się po tym dość
szybko. Prawie go nie znałem, dziesięć miesięcy w roku spędzał na misjach w
Iraku i Afganistanie, a resztę na poligonie. Nie miałem do niego o to żalu,
rozumiałem, że robił to dla nas, aby niczego nam nie brakowało. Choć mi czegoś
brakowało, a raczej kogoś - ojca. Rodzeństwa praktycznie nie posiadałem.
Teoretycznie miałem brata, jednak uciekł z domu nie zostawiając żadnych
wyjaśnień czy nawet pożegnania. Po prostu zniknął i więcej go nie widziałem.
Nawet nie wiedziałem czy jeszcze żyje, a jeśli tak to gdzie. Po pewnym czasie
całkowicie o nim zapomniałem, lecz wiedziałem, ze rodzice nie. Wynajmowali
detektywów, jednak oni po jakimś czasie rezygnowali z powodu braku
jakichkolwiek śladów. Policja po jakimś czasie umorzyła sprawę i do tej pory
nie wiadomo gdzie się podziewa.
Przez to jak się zachowuje, jak wiele
znaczy dla mnie zwykły naszyjnik można wywnioskować, że jestem po prostu
maminsynkiem, ale zanim wyciągnie się takie wnioski, trzeba zadać sobie
pytanie: Jak ja bym zareagował, widząc ciało mojej matki leżące na schodach.
Zorientowałem się, że do paska nadal
mam przypiętą saszetkę. Szybko rozsunąłem ją i jaką poczułem ulgę, kiedy
wyczułem w niej podręczną broń. Przynajmniej jej mi nie zabrali, pewnie nie
pomyśleli, że mogę mieć jakikolwiek pistolet, wystarczył mi łuk i miecz. Założyłem
koszulę, która leżała w kącie pokoju i podszedłem do drzwi. Próbowałem je
otworzyć, jednak zamek w drzwiach nie pozwalał mi na to. Lecz ja nie poddałem
się tak łatwo. Odsunąłem się i rozwaliłem zamek mocnym kopnięciem. Demon
stojący przy drzwiach próbował powstrzymać mnie przed ucieczką, ale byłem tak
nabuzowany, że wyciągnąłem broń i po prostu strzeliłem. Z miejsca w jego ciele,
w którym znalazł się nabój, trysnęła czarna maź, po czym istota upadła martwa
na ziemię. Pobiegłem korytarzem wprost do windy. Miałem nadzieję, że działa i
nie zawiodłem się. Wskoczyłem do niej czym prędzej i nacisnąłem na guzik, który
miał zawieść mnie na parter. Drzwi zamknęły się cicho i ze skrzypnięciem dźwig
zaczął opuszczać mnie na dół. Nie zajęło to nawet pół minuty, a już byłem na
samym dole. Kiedy wrota otworzyły się, znalazłem się tuż naprzeciwko drzwi,
musiałem tylko wyminąć strażników stojących przy wejściu i byłem wolny.
Wychodząc z widny, zauważyłem mój łuk
i kołczan ze strzałami leżące przy jednym z biurem. Miecz zostawiłem na łóżku
obok Thomasa, więc musiałem sobie radzić mając z zanadrzu jedynie strzały, a
szkoda. Miecz byłby o wiele bardziej przydatny, ale musiałem sobie jakoś
radzić. Przewiesiłem wszystko przez ramię, zostawiając sobie tylko jedną
strzałę.
Zaszedłem dwóch karków od tyłu i
wbiłem ostrze jednemu z nich w plecy. Ten jęknął cicho i upadł na ziemię. Kiedy
drugi zobaczył co się dzieje próbował mnie zabić, ale ja byłem szybszy.
Zabrałem martwemu miecz i nadziałem na niego tego, który właśnie na mnie szarżował.
Zabrałem mu oba miecze i zacząłem biec wzdłuż ulicy. Zatrzymałem się dopiero za
zakrętem, aby trochę odsapnąć.
Zauważyłem otwarte drzwi jednego z
domów. Postanowiłem schronić się w środku, na ulicy demony mogły mnie łatwo
znaleźć i złapać. Najpierw upewniłem się, że nie ma tam żadnych niepożądanych
gości, a następnie wszedłem do jednego z pokoi, prawdopodobnie należącego do
jakiegoś nastolatka sądząc po wystroju. Zaglądnąłem do szafy w ubraniami i
wygrzebałem z niej jakąś luźną koszulkę i dżinsowe rurki. Były mniej więcej
mojego rozmiaru, więc miałem nadzieję, że bez problemu się w nie wcisnę.
Znalazłem też pod biurkiem jakieś trampki, a ponieważ zorientowałem się, że
jestem bosy, to nie mogłem wybrzydzać. Byłem również strasznie głodny, więc w kuchni
jeszcze zrobiłem sobie kilka kanapek, które szybko zjadłem.
Po wszystkim ruszyłem do łazienki i
upewniłem się, że jest w niej dostęp do bieżącej wody. Kiedy miałem już
pewność, ściągnąłem z siebie brudne ubrania i wziąłem lodowaty prysznic, aby
zmyć z siebie zaschniętą krew i ulżyć ranom na plecach. Zimna woda działała
kojąco na moje ciało i zmęczoną psychikę. Wreszcie miałem chwilę dla siebie i
mogłem trochę pomyśleć i zastanowić się nad sprawami, które wypełniały mi całą
głowę i nie dawały spokoju.
Przede wszystkim próbowałem zorientować się, gdzie dokładnie się
znajdowałem. Było bardzo dużo podobnych biurowców do tego, w którym mnie
przetrzymywali i znęcali się nade mną. Gdyby tylko reszta budynków nie była tak
zrujnowana, może lepiej orientowałbym się w okolicy, ale przez te tony gruzu i
ciał, wszystkie miejsca wyglądały podobnie. Nawet nie wiedziałem czy za chwilę
nie wpadnie tu grupa demonów i w powrotem nie zaciągnie mnie do tego pokoju.
Wytarłem się dokładnie suchym
ręcznikiem i ubrałem wcześniej przygotowane ciuchy. Zmęczony ruszyłem do jednej
z sypialni i położyłem się w celu odpoczynku i zaznania snu. Dokładnie
opatuliłem się kocem i mruknąłem niezrozumiale jakieś słowa, skierowane do
Thomasa, którego nawet tu nie było. Gdy już prawie znajdowałem się w objęciach
Morfeusza, usłyszałem cichy szept.
- Nathan? – zapytał cieniutki głosik za
moimi plecami. Zdezorientowany odwróciłem się i zobaczyłem Kelly. Przyglądała
mi się swoimi czarnymi smutnymi oczami, lecz kiedy dostrzegła, że to naprawdę
ja, uśmiechnęła się szeroko.
- Co ty tu robisz? – zdziwiłem się. –
Dlaczego tak długo się nie pojawiałaś?
- Nie mogłam przyjść, próbowałam znaleźć
mamę, ale jej nigdzie nie ma. Umarła – jęknęła, a mała czerwona łza spłynęła po
jej bladym policzku. Zrobiło mi się jej niezmiernie żal. – Skoro ona już nie
żyje, to muszę się postarać, żebyś ty przeżył. Jednak sam sobie nie poradzisz,
musisz znaleźć Thomasa.
- Tego ćwoka? – warknąłem zirytowany,
podnosząc się z łóżka. – Spił się i przez niego musiałem sam szukać Buru, bo
bałem się, że mogło mu się coś stać i tak naprawdę nie myliłem się. Przez tego
cholernego gnoja mam teraz kilkanaście szram na plecach. To wszystko jego wina!
– krzyknąłem i walnąłem pięścią w ścianę. Wziąłem głęboki wdech i oparłem czoło
o ścianę. – Nie potrzebuję go, doskonale sam sobie poradzę.
- Mylisz się. Nawet nie wiesz, jak bardzo
jest on dla ciebie niezbędny.
------------------------------------------------------------
A więc zacznijmy do tego, że ten rozdział nie bardzo przypadł mi do gustu, zbyt denny -,-
Druga sprawa jest taka, że zastanawiam się nad zawieszeniem bloga. Wiem, to dopiero początek, ale nie mam pomysłu -,- Niby mam ogólny zarys fabuły, ale nic szczegółowego. Postaram się dodać ten 5 rozdział, a później - zobaczymy. Mam nadzieję, że nie będziecie mi miały tego za złe, o ile ktoś jeszcze czyta ten blog....
wtorek, 17 lutego 2015
Rozdział 3 Łuk
Bardzo przepraszam, że rozdział spóźniony 2-3 dni, ale miałam problemy z internetem, a blogger w ogóle nie chciał mi wejść -.- Nadal jest trochę spowolniony, ale skoro dałam radę dodać rozdział, to znaczy, że nie jest tak źle xddd Dobra, nie przedłużając - rozdział. Zapraszam ^^
Resztę nocy przespałem spokojnie, aż
do godziny ósmej, kiedy to feniks, Buru, zaczął szturchać moją rękę. Wtedy
mruknąłem niezrozumiale jakieś słowa i uchyliłem powiekę prawego oka. Gdyby nie
ptak stojący nade mną, promienie słoneczne od razu dostałyby się do mego oka
sprawiając, że zaraz bym je zamknął. Przeciągnąłem
się jeszcze i podniosłem do pozycji siedzącej.
Thomas stał przy oknie, popalając
papierosa i ze spokojem wydychając jego dym. Kiedy przypatrzyłem się lepiej
zobaczyłem, że zamiast tych starych ciuchów, miał na sobie szarą koszulkę,
czarne wytarte rurki i bluzę tego samego koloru. Do paska miał dopiętą pochwę,
w której był miecz, a w ręce obracał sztylet. Chwilę zastanawiałem się czy
przypadkiem jeszcze nie śpię, jednak ból jaki sprawił mi feniks, przez
przypadek nadeptując mi na stopę wywiódł mnie z tego przekonania.
Chłopak momentalnie odwrócił głowę w
moją stronę. Ziewnąłem szeroko, po czym wstałem i otrzepałem się z pyłu, który
okupował podłogę i moje ubranie.
- Ty w nocy gdzieś wychodziłeś? –
zapytałem, przypatrując się ciemnowłosemu i jego uzbrojeniu. Ten tylko wciągnął
się w papierosa i dmuchnął mi dymem w twarz, przez co kaszlnąłem.
- Przed chwilą wróciłem – mruknął i dalej
wpatrywał się z zrujnowane miasto za oknem. – Musiałem załatwić jakieś lepsze
ciuchy i broń. Ta dla ciebie jest w szafie – westchnął i wskazał głową na mebel
przy drzwiach. Podszedłem w tamtą stronę i otworzyłem drzwiczki. W środku był
łuk wraz z kołczanem i kilkoma strzałami oraz miecz.
- Nie myślisz, że zwykły karabin maszynowy
czy rewolwer byłyby lepsze niż takie starodawne bronie? – zapytałem nieco
zdziwiony wyborem Thomasa. Ten zgasił papierosa nadeptując na niego i odwrócił
się w moją stronę z pokerową twarzą.
- Mimo pozorów, takie rzeczy są o wiele
bardziej wartościowe. Łatwiej jest zabić wroga. Zombie nie są trudne od
pokonania, ale wiem, że demony szykują coś więcej. Dzieci śmierci miały tylko
oczyścić ziemię z ludzi. Takie bezmózgie istoty nie znajdą spowiednika,
sprowadzą tutaj swoich. Teraz już nic im nie zagraża, prócz właśnie jego. Kiedy
nie zostanie już nikt, będą po za prawem, a wtedy nic ich nie powstrzyma.
Czasami bałem się tego człowieka.
Jego obojętność, gniew i brak litości sprawiały, że czasami miałem ochotę
odłączyć się do niego i działać na własną rękę. Były chwile, że wydawał się
normalny, też czuł strach i przerażenie, jednak zaraz znów zamieniał się w
bezuczuciowego człowieka, który zabiłby każdego, kto stanąłby mu na drodze.
Z drugiej strony rozumiałem nieco jego
sytuację. Kilka dobrych lat spędził w świecie, gdzie wojna między siłami dobra
i zła toczy się miliony lat. Uczył się sztuki przetrwania i tamci wyuczyli go,
aby nie wyrażał żadnych emocji czy uczuć. Musiał tylko zabijać. Pewnie pod tą
warstwą złowrogiej i nieufnej istoty nadal siedział ten sam piętnastolatek,
który marzył tylko o tym, by żyć jak inni i wykorzystywać życie w stu
procentach. Niestety Starsi zaprzepaścili wszystko i za karę postanowili
zamknąć go na wieki w innym świecie. Dopiero teraz, po dziesięciu latach, miał
szansę wrócić do świata ludzi i uratować go, aby już na zawsze cieszyć się
każdym uśmiechem posyłanym mu przez drugiego człowieka.
- Idziemy – burknął czarnowłosy, przez co
wyrwał mnie z moich rozmyślań. Chwyciłem miecz, który przypiąłem do paska, a
kołczan przewiesiłem przez ramię. Jeszcze zanim wyszliśmy z budynku, chwyciłem
do ręki łuk i pobiegłem za chłopakiem i feniksem. – Umiesz posługiwać się
mieczem? – zapytał, kiedy zaczęliśmy schodzić po schodach kamienicy.
Posadzka na korytarzu i schodach
wyglądała dość staromodnie. To jednak sprawiało, że w tym starym budynku gościł
jakiś urok. Płytki zostały dobrane z niezwykłą starannością i miłością. Piękna
kolorowa mozaika dodawała wszystkiemu tajemniczości. Schodząc po tych
kilkudziesięcioletnich schodach czułem wszystkie emocje, które towarzyszyły
mieszkańcom tej kamienicy, gdy byli zmuszeni uciekać. Uciekać przed dziećmi
śmierci, pozostawiając cały swój dobytek w rękach czasu. Ten strach i ciągle
zadawane sobie pytanie: Dlaczego to musiało się przydarzyć akurat mi?
- Trochę. Kiedy byłem młodszy przez kilka
dobrych lat chodziłem na szermierkę, a później na łuk – odrzekłem, kiedy
znaleźliśmy się już na dziedzińcu.
- Może czułeś, że właśnie to może ci się
kiedyś przydać – mruknął, nawet nie patrząc na mnie. – Czyli jednak dobrze, że
postarałem się o broń dla ciebie. Mam tylko nadzieję, że naprawdę umiesz
walczyć i nie będę musiał za każdym razem ratować ci dupy.
Na tym skończyła się nasza rozmowa.
Cały czas czułem się nieswojo. Na
ulicach było nadzwyczaj pusto i cicho. Zbyt cicho. Jeszcze wczoraj na każdym kroku
można było spotkać żądne krwi zombie, a teraz nie było po nich śladu. Jedyne,
co po nich zostało, to zrujnowane budynki i mnóstwo ciał czy śladów krwi na
ulicy. Patrząc na to cały czas mnie mdliło, raz nawet nie wytrzymałem i po
prostu zwymiotowałem. Ten zapach trupów i widok na wpół zjedzonych ludzi
przyprawiał mnie o dreszcze i sprawiał, że nie mogłem racjonalnie myśleć.
Szedłem zygzakiem jak pijany i cały czas potykałem się o własne nogi.
Thomas nawet nie zwracał na mnie
uwagi. Cały czas dokładnie badał miasto, a ciała zmarłych w ogóle dla niego nie
istniały. Kiedy ja byłem roztrzęsiony całym tym widokiem, on wydawał się nie
przejmować niczym. W tamtej chwili miałem ochotę uderzyć go z całej siły mieczem
w tył głowy. Nienawidziłem ludzi, którzy mieli wszystko gdzieś nawet, jeżeli
tylko udawali. Takiego fałszywego zachowania i obojętności nie lubiłem w
ludziach najbardziej i właśnie takimi gardziłem.
Cały czas trzymałem się kilka metrów
za chłopakiem i Buru, więc kiedy przechodząc obok ślepego zaułku usłyszałem
nawoływanie mojego imienia, spokojnie mogłem się tak zaszyć bez wiedzy moich
towarzyszy. Upewniłem się jeszcze, że nie zauważyli mojego zniknięcia i
ruszyłem w stronę uliczki oddzielającej dwa, teraz już zniszczone, budynki.
- Nathan – usłyszałem ponownie nawoływane moje
imię. Podniosłem głowę na jedno z okien, z którego dochodził ten dźwięk. Nie
zobaczyłem tam niczego, prócz jakiejś chustki zwisającej z otwartego okna.
Niepewnie wszedłem na klatkę schodową i, ściskając rękojeść miecza, zacząłem
przemierzać następne stopnie. Kiedy znalazłem się na drugim piętrze zauważyłem,
że drzwi jednego z mieszkań są uchylone, a ze środka dochodziły jakieś dziwne
dźwięki, jakby przytłumione krzyki bólu. Przetarłem mokre od potu czoło i
kopniakiem otworzyłem drzwi.
W środku, tuż przy parapecie stała
jakaś postać. Nie mogłem odróżnić płci, gdyż była tyłem do mnie i została
przykryta czarnym kimonem, a na głowie miała kaptur. Kiedy to zaczęło powoli
odwracać się w moją stronę, wstrzymałem oddech. Dopiero gdy było do mnie
przodem zorientowałem się, że jest na wpół przeźroczyste. Cień szaty
przesłaniał zjawie twarz. Dałem radę dojrzeć jedynie małe czerwone oczy,
zupełnie takie jak miał feniks.
Naraz usłyszałem ciężkie kroki
kierujące się w naszą stronę. Odwróciłem się i zobaczyłem zdenerwowanego
chłopaka, który rozdrażnieniem i gniewem ściskał w dłoni miecz.
- Co
ty tu robisz?! – krzyknął mi prosto w twarz i pchnął do tyłu, przez co prawie
spotkałem się z podłogą. – Już myślałem, że Cię te gnoje dopadły, a ty jak
gdyby nigdy nic zwiedzasz sobie jakiś jebany dom! – prychnął z niedowierzaniem.
Przypomniałem sobie o duchu i
kiedy tylko z powrotem zwróciłem się w stronę okna, jego już nie było. Byłem
zawiedziony. Najwyraźniej przestraszył się i zniknął lub chciał, abym tylko ja
go widział. Na początku myślałem, że to Kelly, ale to było o wiele za wysokie i
skoro dziewczynka znała Thomasa, to na pewno by go nie unikała. Choć z drugiej
strony mogła nie wiedzieć, że to właśnie on.
- Nie
odezwiesz się? Nie masz mi nic do powiedzenia! - trąbił, nadal podniesionym głosem chłopak.
- Chodźmy już – mruknąłem wymijająco i
próbowałem zejść na dół, ale czarnowłosy zagrodził mi drogę swoim ciałem.
- Najpierw tak po prostu wiejesz, a teraz
nawet nie raczysz mi nic wytłumaczyć?
- Odwal się! – odgryzłem się w końcu. – To
nie twój zasrany interes, po co tu szedłem. Najwyraźniej miałem swoje powody, a
ty nie jesteś moim ojcem, żeby mi rozkazywać. Mogę robić co mi się żywnie
podoba, a tobie nic do tego! Pierdoli cię co się ze mną stanie, obchodzi cię
jedynie to, żeby znaleźć tego zasranego spowiednika, więc daj mi w końcu
spokój.
Chłopaka zatkało, nie odezwał się ani
słowem. Uczucie, że wreszcie mogłem z siebie wszystko wyrzucić było nie do
opisania. Zadowolony z siebie wyminąłem Thomasa i szybko zbiegłem na dół.
Feniks, który został za dole, poparzył na mnie ze zdziwioną miną, jakby pytał:
„Gdzie jest mój pan?”. Westchnąłem tylko i głową wskazałem na drzwi, którymi
przed chwilką wyszedłem, po czym usiadłem na kupie gruzu.
Z jednej strony byłem dumny z siebie,
ale w drugiej zrobiło mi się głupio. Facet uratował mi życie, załatwił broń i
starał się pomóc, a ja jeszcze mam do niego pretensję. Możliwe, że dziesięć lat
spędzonych po za naszym światem zrobiło swoje i dlatego śmierć innych nie
robiła na nim wrażenia, ale w środku mógł być zdruzgotany, choć tego nie
okazywał. Zupełnie tak, jak ja nie okazywałem przejęcia z powodu zabójstwa
mojej matki. Lecz teraz on wrócił, patrząc na śmierć tysięcy ludzi. Tylko
dlaczego zachowuje się, jakby to nie robiło mu żadnej różnicy?
I pozostaje jeszcze pytanie, dlaczego
on mi pomaga?
Usłyszałem jakieś krzyki dochodzące z
góry, dokładnie w tego budynku, którym
kilka minut wcześniej zostawiłem Thomasa. Buru podniósł się z suchej ziemi, ale
zatrzymałem go ruchem ręki i mruknąłem ciche: „Ja tam pójdę”. Z trudem wstałem
i wyjąłem miecz, aby na wszelki wypadek być już gotowym. Niepewnie zaczął
wchodzić do schodach, a kiedy znalazłem się na półpiętrze zobaczyłem, że
ciemnowłosy walczy z jakimś mężczyzną.
Miał na sobie czarną mroczną zbroję,
która zasłaniała mu całe ciało. Bardzo dobrze posługiwał się mieczem, przez co
chłopak zaczął przygrywać. Zaszedłem mężczyznę od tyłu i wbiłem w plecy ostrze miecza,
przez co ten wydobył z siebie przytłumiony jęk i zsunął się na ziemię.
-
Dzięki – mruknął Thomas i schował miecz do pochwy. – Tak w ogóle to przepraszam za moje
zachowanie, ale rozumiesz. Przez dziesięć lat nie miałem szansy rozmawiać
dłużej z jakimś człowiekiem, a tamci wpoili we mnie zasadę, aby zabijać. Za
wszelką cenę zabijać i nie przejmować się śmiercią innych. Jestem po prostu
nieprzystosowany do życia w społeczeństwie.
- Nie, to ja na ciebie najechałem jakby nie
wiadomo co się stało. Powinienem to rozumieć, a jeszcze robić ci problemy –
burknąłem i podałem chłopakowi rękę. – Zgoda?
- Zgoda – odrzekł z uśmiechem po czym
ścisnął moją dłoń.
- Co zrobimy z nim? – zapytałem, zmieniając
temat i wskazałem palcem na martwą istotę, która przed chwilą próbowała zabić
ciemnowłosego.
- Nic, ciała demonów po jakim czasie
znikają. Tak jak mówiłem, oni szykują jakąś większą akcję. To jest jeden z
nich, patrolował teren. Na razie nie widać ich, ale z czasem przybędzie ich
coraz więcej i więcej, aż stracimy jakąkolwiek szansę na pokonanie ich. Naszą jedyną szansą jest znalezienie
spowiednika.
- Tylko jak mamy to zrobić? Nawet nie wiemy
jak on wygląda i czy w ogóle żyje.
- Żyje, na pewno, ja to czuje. A jeśli
chodzi o znalezienie go, to raczej nie pomylimy go ze zwykłym człowiekiem.
Normalni ludzie wszyscy wyginęli, więc dlatego myślę, że jeszcze gdzieś tu
krąży.
Po całej tej sytuacji poprosiłem
Thomasa, abyśmy wrócili do mojego domu. Pragnąłem wziąć stamtąd jakieś zdjęcie
mojej rodziny i po raz ostatni zobaczyć mamę, o ile te gnojki jeszcze nie
strawiły jej ciała. Niestety moje przypuszczenia sprawdziły się, gdyż kiedy
znaleźliśmy się w środku, na schodach po mojej rodzicielce została jedynie
wyschnięta już kałuża krwi. Po trupie nie było śladu.
Z trudem powstrzymałem odruchy wymiotne z
powodu smrodu, jaki panował w cały
mieszkaniu i, omijając miejsce zbrodni, wszedłem na górę. Korzystając z
okazji przebrałem zakrwawione ciuchy na szare dresy zwężone na łydkach i jakąś
czarną bluzę z kapturem. Znalezioną na biurku czarną saszetkę przypiąłem do
paska, aby móc tam włożyć zdjęcie mojej rodziny i jedyną pamiątkę po mamie, jej
naszyjnik. Może to dziwne i głupie, że w takiej chwili myślę o takich rzeczach,
ale mając je przy sobie czułem się o wiele silniejszy.
Gdy tylko chwyciłem wisior i
ścisnąłem go w dłoni, poczułem siłę napływającą do mojego serca, dlatego
zamiast wsadzać go do saszetki postanowiłem powiesić go na szyi. W szufladzie
znalazłem jeszcze podręczną broń, którą załatwił nam tata jeszcze kilka
miesięcy temu na wypadek napadu. Pomyślałem, że może się przydać, więc
schowałem ją. Zasunąłem zasuwkę torebki
i zbiegłem na dół, aby chłopak nie musiał na mnie czekać.
Zastałem go w salonie. Stał przy
komodzie i wpatrywał się w wspólne zdjęcie mojej rodziny. Nawet kiedy stanąłem
obok niego, nie zwrócił na mnie uwagi. Musiałem dopiero krzyknąć, aby zwrócić
na siebie jego uwagę.
- Wybacz. Po prostu wydawało mi się, że
skądś znam twoją matkę. To chyba koleżanka mojej mamy z tego co kojarzę –
tłumaczył się, po czym wyminął mnie i podszedł do drzwi. – Chodźmy. Świat sam
się nie uratuje.
sobota, 7 lutego 2015
Rozdział 2 Powrót z zaświatów
Nagle stało się dziwnego,
nieoczekiwanego. Usłyszałem straszny ryk, który dochodził zza budynków kilka
ulic przede mną. Chciałem się zatrzymać, ale gromada zombie nie pozwalała mi na
to.
Wtem nad moją głową przeleciało
ogromne mityczne zwierze, które w jednej chwili zapłonęło ogniem. Odwróciłem
się i zobaczyłem, że zwierze odcięło potworom drogę, przez co te zawróciły,
odpuszczając sobie zabicie mnie. Jednak to nie zostawiło ich w spokoju. Wydało
z siebie głośmy ryk, ciężko oderwało się od ziemi i przeleciało tuż nad głowami
stworów, przez co te zaraz zapłonęły żywym ogniem.
Strach i zaskoczenie sparaliżowały
mnie do tego stopnia, że nie mogłem się ruszyć nawet wtedy, gdy wielki ptak
zaczął wielkimi krokami zmierzać w moją stronę.
To stworzenie nie znane nikomu, co
najwyżej z starodawnych legend. Był wysoki na jakieś dwa metry, ogromne
skrzydła, których pióra płonęły, ciągnęły się tuż za nim. Ostre pazury, dzięki
którym mógł rozerwać każdego na strzępy i potężny dziób zapierały dech w
piersiach. Lecz najbardziej moją uwagę przykuły jego oczy; czerwone jak krew,
nie można było wyczytać z nich żadnych emocji, prócz gniewu. Żółto-czerwone
pióra doskonale komponowały się z małymi płomykami ognia, które nadal
gdzieniegdzie opatulały jego cielsko.
Gdy dzieliły nas tylko zaledwie
cztery metry, poczułem czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem
tego chłopaka, co wcześniej. Dopiero teraz miałem szansę się mu przyjrzeć. Był
blady jak ściana, do tego posiadał ciemne usta, a na policzku widniała plama
krwi. Wyglądał podobne, jak te wampiry z tandetnych filmów. Wzrostem
przypominał mnie, jednak miał czarne włosy i szare oczy. Zupełnie takie, jak
osoby z zaćmą, jednak na ślepca nie wyglądał.
- Kim
wy, do cholery, jesteście?! – krzyknąłem i cofnąłem się o krok, jednak
potknąłem się o jakiś kamień i z impetem wylądowałem na ziemi, lecz nie
zwróciłem na to większej uwagi. Cały czas wpatrywałem się w te dwie, przedziwne
istoty. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego uważam, że to latające zwierze jest
nienaturalne. A ten facet? Nigdy nie wiedziałem kogoś, kto wyglądał jak
wyciągnięty z filmu fantasy. Ubrany był również dość specyficznie, a z pleców
zwisała mu długa, czarna narzuta sięgająca ziemi.
- A może by tak dziękuję – mruknął chłopak,
patrząc na mnie z pogardą. – My ci ratujemy życie, a ty z takim tekstem.
- Nie zrozumiałeś pytania? – warknąłem. –
Kim, kurwa, jesteście!
- Ja łowcą, choć zapewne ty, śmiertelniku,
nawet nie wiesz kto to. A to jest feniks, mityczny ptak płonący ogniem. Zresztą
mógłbym cię spytać o to samo. Nie możesz być zwykłą istotą, skoro przeżyłeś,
choć dzieci śmierci są na naszym świecie już dobrych kilka godzin.
- A kim mogę być? – prychnąłem. –
Człowiekiem, przecież to widać. Za to przeżyłem czystym przypadkiem – burknąłem
i mocniej ścisnąłem rękojeść broni. On chyba zauważył ten ruch, bo zaczął
przypatrywać się mojemu pistoletowi maszynowemu. Zaraz z powrotem zaczął lepiej
mi się przyglądać i podał mi rękę, aby mógł wstać, po czym powiedział:
- Mów mi Thomas.
Szliśmy już dobrą godzinę przez
opustoszałe miasto, rozmawiając. Właściwie, to tylko ja mówiłem, ciemnowłosy
zadawał tylko pytania. W między czasie opowiedziałem mu wszystko o sobie, za to
kiedy zapytałem go o jakieś szczegóły jego życia powiedział tylko, że i tak bym
mu nie uwierzył. Dlaczego miałbym to zrobić? Przeżyłem apokalipsę zombie,
spotkałem ducha, a ten latający stwór uratował mi życie. Skoro takie rzeczy się
zdarzają, to już nic mnie nie zaskoczy. Chłopak zachowywał się dość dziwnie,
jednak wraz z tym feniksem uratowali mi życie, więc wolałem się trzymać blisko
nich. Wydawało się mi się, że tak naprawdę oszalałem, postanawiając iść za
wyrośniętym ptakiem i klonem Edwarda ze zmierzchu, lecz czy miałem inne
wyjście.
- Dlaczego nie chcesz nic o sobie mówić? –
zapytałem w końcu. – Jedyne, co o tobie
wiem, to jak masz na imię.
- Jaką mam pewność, że nie jesteś demonem?
- Jakim znowu demonem? – zaśmiałem się. –
Przecież żadne demony nie istnieją – rzekłem z pogardą. Mój towarzysz
gwałtownie zatrzymał się, wpatrując się we mnie. – No co? Powiedziałem coś nie
tak?
- Ty nie wiesz, dlaczego nasz świat
zaatakowały zombie? – zapytał, na co tylko pokręciłem przecząco głową. Skąd
miałem cokolwiek wiedzieć, skoro nikt nie raczył wyjaśnić mi choć części tego
wszystkiego? - Była pewna dziewczyna, która posiadała moc Cailie. To osoba,
która ma za zadanie pomagać zbłąkanym duszom i pilnować, aby demony za nic w
świecie nie dostały się do naszego świata. Jednak zrobiła coś, czego nie
powinna. Z ciągu kilku sekund tysiące złych dusz weszło w ciała zmarłych i
postanowiło w odpowiednim momencie zaatakować naszą planetę i stać się ich prawowitymi
władcami. W kilka godzin zabiły wszystkich żyjących ludzi, dlatego dziwię się,
że jeszcze żyjesz. Tak naprawdę nikt nie wie, co się stało z nią i jej
strażnikiem. Rada Starszych, czyli osoby sprawujące władze nad całym
wszechświatem i decydujące o jego losach, przywróciły mnie na ziemię, abym
odnalazł ją i spowiednika. Spowiednik to jest….
- Wiem kto to – przerwałem mu. – Czytałem
kiedyś o nim. Jest władcą demonów i tylko on jest w stanie jakoś je
powstrzymać. Spowiednik pełnej krwi rodzi się raz na tysiąc lat szóstego dnia
szóstego miesiąca o szóstej sześć w czasie pełni.
- A więc nie jesteś taki głupi, na jakiego
wyglądasz – mruknął, na co tylko spiorunowałem go wzrokiem. – Normalnie, to
Starsi już dawno by mnie zabili za to, że ci to wszystko opowiadam, ale skoro
przeżyłeś całą tą apokalipsę, to znaczy, że nie jesteś taki zwykły.
- Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale jakaś
dziewczynka kazała mi tu przybiec. Mówiła, że jest duchem i nazywała się….
- Kelly.
- Skąd ją znasz? – zapytałem.
- W końcu razem mieszkaliśmy w zaświatach.
Jest zmarłą córką Cailie, więc jeśli znałem ją, to muszę znać również jej
latorośl.
Z każdą minutą to wszystko
zaczynało się coraz bardziej zaplątywać. Guzełki nowych wiadomości zaciskały
się coraz bardziej, a z każdą chwilą rozwiązanie ich było coraz mniej
prawdopodobne. Okazało się, że nie dość, że świat zaatakowały przez zombie,
które zarżnęły wszystkich, to jeszcze musimy znaleźć kogoś, kto nie wiadomo czy
jeszcze żyje. Zostałem w to wtajemniczony i teraz musiałem znaleźć spowiednika
i przy okazji dowiedzieć się, kim ja tak naprawdę jestem, bo na pewno nie tym,
kim zawsze sądziłem.
Grupa ludzi Ghany, mroczni rycerze,
zaciągnęli nas prosto nad urwisko, nie było żadnej drogi ucieczki. Byłem tylko
ja, ta dziewczyn i nasze serca, które ze strachu biły coraz szybciej i mocniej.
Nie widziałem jej twarzy. Jedyne, co
dało się rozpoznać w jej wyglądzie, to ciemne długie włosy, których kosmyki
owijały się wokół jej szczupłego ciała i oczy. Zielone jak morze. Słyszałem
każdy jej oddech, każdy krok czy ruch ręką. Nawet dźwięki szabli szykujących
się do zabicia nas nie przeszkadzały mi w tym, aby fascynować się nią, choć
nawet nie wiedziałem, jak wyglądała. Mimo tego wiedziałem, że jest delikatna i
piękna jak wschodzące słońce. Czułem, że w tamtej chwili nie miała nikogo, kto
mógłby ją obronić. Miała tylko mnie.
Zbliżyłem się do niej i oplotłem
swoje ręce wokół pasa dziewczyny. Jej pełne strachu oczy, kiedy tylko mnie
zobaczyły, stały się spokojniejsze. Sztorm, który się z nich odbywał, w ciągu
chwili ucichł. Czułem się jakbym był jej strażnikiem, który choćby za cenę
życia, musiał ją ochronić i nie pozwolić zginąć.
- Ufasz mi? – zapytałem. Jedna samotna łza
spłynęła po jej policzku, jednak nie pozwoliłem jej spaść na ziemię, wycierając
wierzchem zimnej dłoni. Ciemnowłosa zaraz przechwyciła moją rękę i przyłożyła
do swoich ust.
- Tak – mruknęła najciszej, jak mogła.
Uśmiechnąłem się lekko, prawie niewidzialnie. Dziewczyna popatrzyła na mnie jak
na bohatera, po czym mocniej przylgnęła do mnie. Objąłem ją, przeżegnałem się i
skoczyłem z urwiska, spadając z dwóch kilerów nad ziemią.
Obudziłem się cały oblany zimnym
potem. Więc to był tylko sen, ten sam, który śnił mi się co noc już od kilku
dni. W ogóle nie rozumiałem o co w tym chodzi. Nie znałem tej dziewczyny, bo
nigdy w snach nie widziałem jej twarzy. Nawet nie domyślałem się kto to. Nie
kojarzyłem nastolatki o takich oczach, nawet o podobnych włosach. Być może był
to jedynie wytwór mojej wyobraźni, tylko dlaczego pojawiał się on w moich snach
co noc?
Rozglądnąłem się dokładniej i
zorientowałem się, że jestem w jakimś ciemnym pomieszczeniu, które oświetlał
jedynie księżyc. Pod ścianą spał Thomas, a obok niego był feniks, który
przykrył chłopaka skrzydłem. Kiedy tylko wstałem, zwierze od razu podniosło
głowę i spojrzało na mnie, rozniecając nieco ognisko, które zaczynało płonąc,
gdy tylko się denerwował lub martwił. Nie zwróciłem na niego uwagi, spojrzałem
jedynie na złoty zegarek na nadgarstku, który wskazywał drugą w nocy.
Podszedłem do okna i ostrożnie spojrzałem przez nie, aby żaden przechodzący
zombie nie zauważył mnie. Na wszelki wypadek zabarykadowaliśmy drzwi budynku,
jednak i one nie gwarantowały utrzymania chmary trupów.
Wiatr lekko muskał śmieci z ulicy lub
szczątku ubrań ludzi i unosił je w górę, aby zatańczyły wraz z nim. Jasny
księżyc szczegółowo monitorował każdą ulicę, każdy skrawek miasta, aby nic nie
przeoczyć. Gwiazdy, aby nie patrzeć na zrujnowane miasto, postanowiły schować
się za gęstymi chmurami, by już nigdy nie zobaczyć tej rutynowej rzezi i
burzenia tego, nad czym inni pracowali latami. Poprzedniego dnia również słońce
ani raz nie spojrzało na łono matki natury, ani razu nie zaświecił choć jeden
jego promyczek. Ten świat po prostu wymarł.
Podniosłem dłoń i spojrzałem na bliznę
na moim nadgarstku. Przedstawiała ona dwie falowane linie, pomiędzy którymi była
kropka ( ~` ~ ). Miałem ten znak od urodzenia, ale lekarze mówili, że to mała
skaza nie zagrażająca mojemu zdrowiu. Ludzie zawsze wypytali się moich rodziców
co to jest, ale wtedy oni opowiadali im wszystko i zaraz cała rozmowa szła w
niepamięć. Po pewnym czasie wszyscy moi i rodziców znajomi przyzwyczaili się do
tego i nie zwracali na to uwagi, ja jednak wiedziałem, że to jakiś znak.
Babcia, kiedy tylko zobaczyła tą skazę, przestraszyła się nie na żarty i
doznała zawału. Od tamtej pory nic nie mówiła, a po jakimś czasie zmarła. Wtedy
już wiedziałem, że to nie jest nic zwykłego, to było coś więcej. Nasuwało się
jedno pytanie: Kto może mi rozszyfrować ten znak.
Po całej apokalipsie bałem się, że to
jest coś nadnaturalnego, a po rozmowie z Thomasem zacząłem obawiać się, że
jestem demonem. Obawiałem się, że będzie wiedział co to jest, a ja okażę się
sługą ciemności. Brzmiało to głupio i dziecinnie, ale skoro istnieją istoty, które
znałem tylko z legend i bajek, to już wszystko mogło się zdarzyć. W ciągu kilku
godzin wiele rzeczy, w które nigdy bym nie uwierzył, zaczęły żyć i
funkcjonować.
- Debilu, odsuń się od okna i idź spać, bo
jeszcze Cię zauważą – mruknął chłopak zaspanym głosem. Przestraszony
podskoczyłem i obejrzałem się za siebie, po czym osunąłem się na ziemię i
schowałem twarz w dłoniach. Dalej słyszałem jeszcze kroki i jak ktoś siada obok
mnie. Podniosłem głowę i zobaczyłem, że tym kimś był Thomas, wpatrujący się w
ciemność.
- Słuchaj młody – westchnął. – Mam
dwadzieścia pięć lat i kiedy byłem w twoim wieku, nawet młodszy, dowiedziałem
się, że jestem łowcą i mam chronić pewną dziewczynę, która była wampirem, ale
należącym do tych dobrych. Niestety, zginęła z mojej winy, ponieważ jej nie
dopilnowałem, więc Rada postanowiła mnie ukarać, zamykając na wieki w świecie
zmarłych i tam dawać mi do wykonania różne prace. Pewnie jesteś za młody, aby
to pamiętać, ale właśnie kiedy mnie zabrali z tego świata, w telewizji pojawił
się komunikat o zaginięciu piętnastolatka. To byłem ja. Pewnie dalej bym tam
sterczał, ale po tamtej stronie wyuczyłem się wielu rzeczy, przeżyłem niejedno,
więc postanowili dać mi drugą szansę. Jeśli znajdę spowiednika i razem z nim
powstrzymamy demony, a ludzie powrócą do świata żywych, to pozwolą zostać mi na
ziemi. Wiem, że to wszystko może być dla ciebie trudne, doskonale to rozumiem,
ale nie możesz być zwykłym człowiekiem. Musimy się tylko dowiedzieć, jaką rolę
masz odegrać w całej tej apokalipsie.
Zatkało mnie. Facet, który do tej
pory wydawał się niedostępny i niechętny do rozmów, wygadał mi się. Myślałem,
że ten moment nigdy nie nastąpi, a już na pewno nie tak szybko, ale widać mój
nastrój musiał mu się udzielić. Słysząc tę historię od razu poczułem, że nie
jestem z tym wszystkim sam i są takie osoby, które mają prawo czuć się o wiele
gorzej. Na początku wydawało mi się, że jestem w jakimś niskobudżetowym filmie
fantastycznym, słysząc takie historie, jednak zaraz powróciłem na ziemię. Ostatnio
nie raz zdarzało mi się takie uczucie, że wydawało mi się, że to zwykły sen i
zaraz się obudzę, jednak coś sprawiało, że powracałem na ziemię. Jeśli miałby
to być koszmar, to na pewno by nie był tak realistyczny i długi.
- Ale co ja mogę zrobić? – jęknąłem. –
Jestem zbyt słaby, a człowiek odważny to moje kompletne przeciwieństwo.
- Znałem wiele osób i uwierz mi na słowo,
że większość by się poddała, a nie biegała po mieście z pistoletem maszynowym w
ręce – zaśmiał się, a ja lekko się uśmiechnąłem. - Jednak ty wolisz walczyć niż siedzieć z
założonymi rękami i czekać aż ktoś inny uratuje świat. Nawet nie myślisz o
samobójstwie, a przynajmniej tak myślę. Właśnie dzięki temu jeszcze żyjesz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)